Uliczna gra

Desperaci w naszym kraju podrywają na badziewiastym Tinderze, głupkowatym Badoo, albo zasypują facebookowy spotted wiadomościami w stylu: „Hej przepiękna nieznajoma z fioletowej Corsy. Widziałem cię wczoraj, jak kupowałaś rajstopy przy Lwowskiej. Zostaw coś po sobie. Zrobię ci dobrze”.

W Iranie mają dor dor. To znacznie efektywniejsze platforma, bo jej sieć rozciąga się na ulicach miast, a nie po internetowych łączach. To ultra speedating, do którego potrzebujesz auta, pewności siebie i odrobiny zawziętości.

 

W tył zwrot!

Siedziałem w autobusie, zmierzając do Teheranu. Odebrałem telefon. Hamed.

– Hej stary, gdzie jesteś?
– W Arak, jadę do stolicy. Autobus za chwilę odjeżdża.
– Wysiadaj. Zgarnę cię po drodze.
– Słucham?
– SZYBKO! Bądź za dziesięć minut przed terminalem. Właśnie jadę do Teheranu.

Ani pasażerowie, ani kierowca nie mogli zrozumieć, dlaczego opuściłem autobus na kilka minut przed odjazdem. Z Hamedem mieliśmy się spotkać dopiero w stolicy. Chciałem tam wrócić, by zobaczyć na własne oczy, w jaki sposób podrywają Irańczycy. Hamed był najodpowiedniejszym gościem. Tylko on mógł wprowadzić mnie do ulicznego świata podrywu w Iranie.

Kwadrans później wsiadłem do białego BMW i zwinęliśmy asfalt, znikając na autostradzie biegnącej na północ Iranu.

– Twoja podróż zaczyna się od dziś. Do tej pory straciłeś swój czas w Teheranie – stweirdził pewnym siebie tonem.
– Nie straciłem. Poznałem Arsama i muzyczną elitę Iranu, Navida i jego walniętych kumpli, oraz uroczą modelkę.
– Mówisz o Nazi?
– Zgadza się.
– To dobra dziewczyna, potrafi robić wiele rzeczy. Chciałem się z nią ożenić, ale jest dla mnie zbyt młoda.

Ktoś już na nią polował. Mam wrażenie, że ktoś wkrótce wyłowi złotą rybkę z teherańskiego akwarium.

 

Hamed

Hamed to trzydziestoczteroletni inżynier budowlany o smukłej sylwetce i twarzy dwudziestopięciolatka. Ma przyjemną aparycją, naturalny uśmiech i białe BMW 528i, którego skrót tłumaczy sobie:”Bring Me Wife”. Najwidoczniej robi to, żeby podarować sobie odrobinę nadziei.

– Byłem u psychologa, mam problem z kobietami. Nie mogę znaleźć odpowiedniej. Mam ich za dużo i ciężko mi się zdecydować.
– Wiesz ilu facetów chciałoby mieć takie frustracje, jak ty?
– To nie jest takie proste. Nie potrafię być z kobietą dłużej, niż kilka dni, czasem tydzień. Potem zaczynam się nudzić. Mam tak za każdym razem, gdy poznaję kogoś nowego. Jak mówię o tym psychologowi, to słyszę, że mam opuścić gabinet. Nie jest w stanie mi pomóc.
– Od nadmiaru czegokolwiek przelewa się w bani.
– Mi się już dawno przelało. Nawet nie pamiętam, jak się nazywają.

 

Teheran inaczej

Gdy minęliśmy przedmieścia stolicy, Hamed był już umówiony na kolejne spotkanie. Zgarnęliśmy po drodze Rosi, dwudziestosiedmioletnią fotograf o seksownym jak Scarlett Johansson głosie. Słyszałem ją bardzo krótko, bo za chwilę wysiadłem przy stacji metra i udałem się w kierunku Thethre – Shahr. Czekał tam na mnie mój ziomek, Navid.

– Nie wierzę! Wróciłeś bracie! – krzyknął uradowany.
– Sam w to nie wierzę. To już drugi tydzień, odkąd pojawiłem się w Teheranie.

Navid, aktor i reżyser jednego z teherańskich teatrów, był koordynatorem międzynarodowego festiwalu sztuki teatralnej, który właśnie się odbywał. Spotkałem tam nawet grupę z Wrocławia.

– Navid, musisz coś wiedzieć. Wróciłem, bo mam pewien temat do załatwienia.
– No wal.
– Dziś wieczorem, Hamed zabierze mnie na ulicę. Chcę zobaczyć dor dor na własne oczy, a potem wszystko dokładnie opisać.
Dor dor? Haha – parsknął śmiechem. – Powodzenia, brachu!
– Nie podniecaj się tak. Robię to w celach służbowych.

Navid, podobnie jak, Essan – menedżer cmentarza, Reza – pracownik teatru, i Omid – po prostu grubas, ucieszyli się z mojego powrotu. Cieszyłem się i ja. Na większych dowcipnisiów niż ta paczka, chyba nie mogłem trafić.

Zostawiłem plecak w domu Navida, wziąłem prysznic i o dwudziestej drugiej byłem gotowy na wieczór kipiący irańskim flirtem.
Władowałem się do taksówki jadącej przez najdłuższą ulicę Teheranu Valiasr St., po czym wysiadłem w dzielnicy Yusefhabad przy 41 St.

Hamed wyskoczył z mieszkania. Miał na sobie dobrze skrojoną białą koszulę i czarne pantofle. Wsiedliśmy do auta.

– To BMW nie jest luksusowym samochodem. Za chwilę przekonasz się, o czym mówię.

Psiknął się Chanelem i rzucił okiem na swojego Tissota.

– Powtórz farsi – polecił mi.
Hejli dzjiazo bit, świetnie wyglądasz.
– Dobra, coś innego.
Czeszmat ve handat manu divane karde. Twoje oczy i uśmiech mnie podniecają.
– Mówisz z akcentem, ale to dobrze. Będziesz miał pastwisko obfitujące w dobry wypas. Jesteś gotowy na spotkanie perskich księżniczek?
– Zawsze.
– No więc ruszamy!

Zaraz miałem zobaczyć coś, o czym czytałem na anglojęzycznych forach. Wszystkie przewodniki pomijają podziemne życie Irańczyków. Więc byłem jeszcze bardziej podekscytowany. Jarałem się, jak ksiądz nowym ministrantem.

 

Flirt po irańsku

Dzielnica Fereshte położona w północnej części Teheranu w niczym nie przypomina południowych dzielnic biedy. Apartamenty warte miliony dolarów, luksusowe auta, i żądni nowych znajomości Persowie. Dor dor to uliczna gra, w której Twoja lista kontaktów potrafi w ciągu godziny wzbogacić się o kilkadziesiąt numerów. Wszystkie dziewczyny przyjechały tutaj po jedno – aby dać się poderwać.

Staliśmy w korku na jednej z dwupasmowych ulic, której ciemność rozświetlały czerwone światła sygnalizacji świetlnej. Pas po naszej stronie był wolny. Hamed wypatrzył w lusterku nadjeżdżającego, czarnego Suva.

– Dziewczyny na pokładzie, muszę zmienić pozycję.

Cofnął autem, tak by znaleźć się na wysokości Lexusa.

– PSSSssst, pssst! – zasyczał pokazując palcem, aby opuścić szybę.

Szyba się opuszcza, Hamed zaczyna grę.

– Podobasz mi się. Zapisz mój numer telefonu.

Brunetka w tęczowym hidżabie uśmiecha się zalotnie. Wymieniają trzy zdania, po czym słyszę głos Hameda, dyktujący swój numer: „zero, dziewięć, osiem, pięć…”.
Zadziwiające, jak łatwo poszło.

W tej grze nie ma czasu na długie rozmowy. Flirt jest błyskawiczny. Albo spodobacie się sobie w ciągu kilku sekund, albo musisz zademonstrować swoją wartość, upychając ją w dwa dobrze brzmiące zdania. Samochody, które siedzą na ogonie, czekają tylko na swoją okazję. Trąbią za każdym razem, gdy spowalniasz ruch.

– Teraz twoja kolej – zasugerował Hamed.
– Będę mówił po angielsku.
– Spróbuj farsi i rozpoznaj sytuację. Jeśli sztuka zareaguje, to przejdź na angielski.

Podjechaliśmy pod sportową Toyotę. Za kierownicą siedziała blondynka z oczojebnym złotym naszyjnikiem. Świecił się tak, że było go widać ze skrzyżowania Piłsudskiego i Armii Krajowej w Wąchocku. Obok siedziała urocza brunetka z aparatem na zębach. Zagadałem do niej łamanym farsi.

– Masz cudowny uśmiech.
– Och, dziękuję! – odparła.
– Podobasz mi się. Mówisz po angielsku?
– Oczywiście, skarbie! Masz ładną buzię, nie wyglądasz mi na Persa. Skąd jesteś?
Lahestan – odpowiedziałem.
– Ojej, musimy się spotkać! – krzyknęła szczerząc zęby, po czym dodała – Zadzwonię do ciebie jutro.

I odjechała. Akcja trwała dwadzieścia sekund. Zdążyliśmy wymienić numery.

Przez cały czas krążyliśmy jedną z małych uliczek, na których zwracaliśmy w tę i spowrotem. Hamed miał dobre oko, dobry samochód i dobrą gadkę. Był naturalnym alfa. Nie poddawał się ani razu, nawet gdy zbierał zlewki, które stanowiły dziesięć procent jego podejść.

 

Nieszczególni łowcy cipek

Początkowy wypas był zaledwie prologiem do dalszej części wieczoru. Atakowaliśmy wszystkie możliwe auta, opracowując wspólnie kilka niezbyt wyrafinowanych otwieraczy. Mieliśmy ubaw po pachy, patrząc na to, jak nasza lista numerów bogaci się z każdą minutą gadając cokolwiek, co przyszło nam do głowy. Kontakty zapisywaliśmy, jak poniżej:

– Blondyna z Maseratti Quattroporte:
„Jesteś tak piękna, że przy tobie mógłbym nawet wysadzić się w powietrze”.

– Brunetka, biały Peugeot:
„Twoje włosy lśnią jak sierść perskiego kota”.

– Dwie bliźniaczki świecące złotem, Toyota Celica:
” Jestem dżinnem, który przyleciał z Polski. Jeśli potrzesz moją lampę, spełnię twoje trzy, dowolne życzenia „.

– Dwie gwiazdy z BMW i8, śmierdziały petrodolarami na kilometr:
„Takich klejnotów nie posiadał nawet Alibaba”.

– Jakaś projektantka mody, Mercedes C63 AMG:
„Dywan na mojej klacie jest przyjemniejszy w dotyku nawet od ręcznej roboty perskiego rzemieślnika”.

Hamed grał twardo. Ten cwany lis potrafił pięciokrotnie podjechać pod auto, żeby osiągnąć swój cel. Ale on nie był wyjątkiem. Pozostali faceci – których przybywało coraz więcej –  grali równie zawzięcie.

– Jestem w tym mistrzem, lepiej nie mogłeś trafić – obwieścił z nonszalancją.

Miał rację. Teraz byłem jego wingiem i kumplem w jednej osobie.

– W ciągu dwóch godzin wymieniliśmy 30 numerów z najbardziej odjechanymi kobietami w Teheranie. Powiedz mi, w którym kraju jest to prostsze? – zapytał z ironią w głosie.

Witamy w Islamskiej Republice Iranu, kraju aranżowanych związków i głęboko wierzących muzułmanów.

– Teraz już wiesz, dlaczego nie mogę się ożenić. Każdego dnia spotykam nowe dziewczyny. Jestem uzależniony – przyznał.

Kiedyś w Iranie można było chodzić na plaży w bikini, wywijać w klubach i upodlić się alkoholem bez opamiętania. Persowie cieszyli się wolnością do 1979r. Wtedy nastąpiła irańska rewolucja islamska, po której Iran stał się islamską republiką. Od tamtej pory w Iranie wiele się zmieniło. Życie towarzyskie nosi socjalny kaganiec, kobiety muszą zakładać hidżaby, za kielicha dostaje się 99 batów, a za pocałunek w miejscu publicznym– skromne 40. Reżimy autorytarno–teokratyczne mają to do siebie, że bywają zacofane jak mentalność chłopów na folwarku. Ale obywatele zawsze stoją o krok do przodu, zawsze znajdą jakiś zmyślny sposób, żeby wyślizgnąć się spod chorego prawa. Dor dor to jedna z niewielu rozrywek młodych Persów, alternatywa klubowych znajomości.

 

Łowcy cipek to tak naprawdę cebulaki

Późną nocą zawinąłem na chatę Navida. Była 2:28, odebrałem telefon. W słuchawce odezwał się kobiecy głos. Mówił w farsi.

– Pogadaj z nią Navid, nie mam siły łamać sobie języka.

Navid wyrwał z ręki telefon. Zaczął nawijać. To Saba, z białego mercedesa ml, poznałem ją na wypasie. Miała łagodne oblicze,, nie więcej jak 21 lat, aparat na zębach. Navid flirtował z nią przez dobre dziesięć minut, wyszczerzając się, jakby chciał zrobić mi dobrą reklamę w oczach tej uroczej dziewczyny.

– Pyta się, czy napiszesz o niej.
– Tylko tego chce?
– Nie, chce się z tobą spotkać. Powinieneś się z nią zobaczyć.
– Dlaczego tak uważasz?
– Czułem przez telefon forsę.
– I tylko dlatego mam iść na randkę? Pierdolę, nie mam czasu na takie znajomości. Wszystko to robiłem dla zabawy.
– Głupi jesteś. To nic z obowiązującego, możesz nawiązać wyśmienity kontakt.

Dwadzieścia cztery godziny później wylądowałem w apartamencie, który był warty dwa miliony dolarów. Navid miał na sobie schodzone Najki, a ja pękające sandały. Na myśl o tym, że na imprezę przyjechaliśmy z kierowcą sypiącym się motocyklem, a nie białym BMW, mało nie zesraliśmy się ze śmiechu.

Skomentuj wpis