Przepowiednie w cebulanym raju

Słyszałeś kiedyś o takim miejscu na ziemi, gdzie niezależnie od koloru skóry i wyznania możesz spać, jeść i myć się za darmo tak długo, jak tylko zapragniesz?

Na granicę z Indiami dotarłem w piątkowe południe. Był 30 września. Właśnie zaczynał się ostatni weekend studenckich wakacji. Oczami widziałem, jak znajomi wychodzą z monopolowego, trzymając w ręku dzwoniące od szkła siateczki. Zaraz pewnie to wszystko wychleją. Ale wiedziałem też, że wkrótce będę z nimi mentalnie. Za kilka kroków miałem zostawić za sobą ostatni kraj muzułmański na mojej trasie i wejść w legalne posiadanie jakichś procentów.

Granica

Przejście graniczne w Wagha to jedyne miejsce, w którym obcokrajowcy mogą przekroczyć granicę pakistańsko–indyjską. Każdego dnia odbywa się tam uroczysta ceremonia jej zamknięcia. Wygląda to tak, że po obu stronach siedzi publiczność i ogląda przedstawienie, dopingując swoich żołnierzy. Atmosfera przypomina mecz siatkówki polskiej ligi, tyle że w powietrzu unosi się jeszcze polityczne napięcie. Tuż przed moim wkroczeniem do Indii, było ono większe, niż zwykle. Dwa tygodnie wcześniej, na terenach indyjskiego Kaszmiru, grupa czterech pakistańskich bojowników zaatakowała bazę wojskową w Uri, blisko terenów pozostających pod wpływem Pakistanu. Zginęło wtedy 17 indyjskich żołnierzy. Nie było żadnych dowodów na to, że rząd w Islamabadzie jest powiązany z grupą bojowników, więc nie ma co spekulować. Sytuacja nie jest zero – jedynkowa, a ja, nie jestem reportażystą, żeby badać i ocenić temat rzetelnie. Wiem tylko, że spór o Kaszmir trwa od sześćdziesięciu lat i końca tego sporu nie widać.

Więc ceremonię uroczystego zamknięcia granicy odwołano. Jak się później dowiedziałem, miałem kupę szczęścia, że granicę mogłem w ogóle przekroczyć. Istniało ryzyko, że zostanie zamknięta do odwołania. A gdyby do tego doszło, znalazłbym się w potrzasku. Bilet z Bombaju do Warszawy był już wykupiony.

Przekraczając granicę, od razu uderzyłem do Golden Temple w Amritsarze. To centrum wyznawców religii Sikh i jedna z najbardziej imponujących świątyń w całych Indiach. Każdego dnia serwuje jedzenie ponad 100 000 zwiedzającym kompletnie za darmo, a nawet udostępnia pokoje. Można jeść, spać i myć się za darmo. Istny raj dla autostopowego cebulaka! Z tej gościnności korzysta wiele indyjskich rodzin. Niektóre z nich toczą tak swoje życie miesiącami. Kiedy dotarłem na miejsce, dostałem kolejnego szoku kulturowego. Pomyślałem: JAKIEŻ TE INDIE PSTROKATE. JAKIEŻ URODZIWE! Ajajaj! Jarałem się jak ksiądz nowym ministrantem!!!

Latałem z aparatem, jak opętany. Moja uwagę od razu zwróciły kobiety w kolorowych sari. Naturalne piękno w bardzo egzotycznym wydaniu. Tak mi się te kobitki podobały, że hasałem z wywieszonym jęzorem jak wyposzczony labrador. Albo jak taki muzułmanin, który po raz pierwszy przyjechał do Europy. Ach, co te Irany i Pakistany potrafią zrobić z faceta. Indie to dopiero raj!

 

Ziomek

Już pierwszej nocy poznałem dobrego gościa. Amit dosiadł się do mnie, gdy w ciemności kontemplowałem odbijający się w wodzie widok Złotej Świątyni.

– Siema stary, skąd jesteś? – zagadał.
– Z Polski.
– O koleś, to kawał drogi! Co masz zamiar zobaczyć w Indiach?
– Zasuwam na Goa, muszę się trochę złajdaczyć na koniec podróży. Mam ochotę zaszaleć, jak Wilk z Wallstreet. Później uderzam do Bombaju.
– Goa?! Chłopie! Toć najlepsze imprezy w całych Indiach! Tylko nie wydawaj forsy w barach, to głupota. Lepiej usiądź na plaży pod palemką. Weź piwko ze sklepu. Zrób sobie chillout. Na Goa browar jest tańszy od mineralnej.
– Tak zrobię.
– Jak masz zamiar uderzyć na kluby, zajrzyj do Tito Club w Calangute. Open bar za 50 pln. Tylko załóż jakieś ciasne bokserki.
– Zwariowałeś? Mają mi się pocić jaja? W Indiach i tak jest wystarczająco wilgotno. Ja to na waleta chodzę.
– Chyba nie chcesz tańczyć ze sterczącym do przodu fiutem.
– Aż tak tam gorąco?
– Sam się przekonasz. A jak już zmarnotrawisz trochę nasienia, musisz zatrzymać się u mnie. Jestem z Bombaju.
– Nie chrzań, koleś!
– Poważnie. Przed twoim odlotem pójdziemy jeszcze w balet – mrugnął okiem.
Skąd on się wziął, do diabła? Ten koleś mógł być przecież skądkolwiek. Z Dżajpuru, Delhi, Waranasi, albo z jakiejś zapyziałej wiochy. Ale mieszkał akurat tam, gdzie moja podróż miała mieć koniec. Dwa tysiące kilometrów dalej. Pomyślałem, że los naprawdę mi sprzyja.

Hindus troszczył się o moją kieszeń bardziej, niż ja sam. Podarował mi wiele błyskotliwych wskazówek. Dzięki nim miałem zaoszczędzić czas i trochę forsy podczas najbardziej hedonistycznego tygodnia mojego życia. Byliśmy w świątyni, ale ten koleś tak mnie nakręcił, że zapach melanżu skutecznie wyparł woń kadzidełek.

Cały następny dzień kręciłem wokół świątynnego kompleksu. Co prawda, rano miałem udać się na południe kraju, ale nie mogłem uciec tak prędko. Ludzie ściągający z najdalszych zakątków tego kraju byli niesamowicie fotogeniczni. Musiałem podejść do nich bliżej. Właśnie, bliżej…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kilka słów o portretach w podróży

Odkąd zgubiłem w Iranie obiektyw 18-105, nie ma zmiłuj. Ze stałką 50 mm nie da się uchwycić w całości dobrej panoramy, ani budynków. Ale za to można bardziej skupić się na portretach. Moja głupota, paradoksalnie, przynosiła niezłe efekty w pstrykaniu zdjęć. Zamiast chowania się za winklem, podbijałem z partyzanta do ludzi i się z nimi zaprzyjaźniałem. To znacznie lepsze podejście, niż robienie zdjęć, chowając się po kątach. Silne fotografie to takie, które wzbudzają emocje, a te pojawiają się dopiero po nawiązaniu głębszej relacji. Dlatego dobry fotograf to taki, który widzi ludzi sercem i potrafi zdobyć ich sympatię wraz z zaufaniem w mgnieniu oka. To fascynujące, jak rzucając się z obiektywem w ludzkie morze, szlifuje się kreatywność w komunikacji.

Największe wyzwanie dla faceta stanowią kobiece portrety. Fotograf niekiedy odczuwa lęk przed podejściem, zupełnie jak na tanecznym parkiecie. Kalkuluje milion razy, czy aby na pewno do niej podejść, po czym pluje sobie w gębę, że z różnych powodów właśnie stracił doskonałą okazję. Z drugiej strony, możesz mieć fotograficzne jaja, ale w wielu krajach, na widok obiektywu w męskich dłoniach, kobiety czują się speszone. Zwłaszcza w krajach muzułmańskich.
Wtedy najlepiej wybierać  miejsca takie, w których czują się komfortowo i są w dobrym nastroju. Czyli parki, knajpy i centra handlowe. A co jeśli są z facetem ?
Chyba nie muszę wspominać, że w krajach muzułmańskich za taką akcję można dostać srogi wpierdol. Zupełnie jak na wiejskiej zabawie. Jeśli kobieta ma wyjątkowe rysy twarzy, niecodzienne ubranie, lub po prostu jest interesująca w inny sposób i KONIECZNIE chcesz cyknąć jej zdjęcie, zachowując przy tym wszystkie zęby, musisz najpierw zacząć od jej partnera. Zdobądź jego sympatię, pogratuluj mu świetnie dopasowanej koszuli, a potem zrób im razem zdjęcie. I nie przejmuj się, że koleś psuje Twój kadr. Możesz go później skasować ( kadr, a nie kolesia ). W tym czasie, facet uzna że jesteś w porządku i dostaniesz pozwolenie na zdjęcie, które wcześniej zobaczyłeś w swoich myślach. Sposób bezczelny i nieco skurwysyński. Ale wybitnie skuteczny.

Często też mam przy sobie paczkę fajek. Nie palę nałogowo, tylko dla towarzystwa. Poczęstowanie kogoś szlugiem, to w krajach muzułmańskich coś, jak postawienie browara. W ten sposób łatwo stać się czyimś ziomkiem i dostać pozwolenie na cyknięcie zdjęcia. Działa to zwłaszcza wtedy, gdy bariera komunikacyjna jest nie do przeskoczenia.

 

Przepowiednia

Wieczorem wróciłem do świątyni. Miałem tam przekimać do rana. Zanim wszedłem do środka, ponownie zdałem bagaż w przechowalni i sandały w oddzielnej szatni, nakryłem głowę chustą, po czym zmoczyłem stopy w rowie z wodą, tuż przed wejściem. Tak musi postąpić, każdy kto chce zobaczyć Złotą Świątynię.

Ułożyłem się na karimacie przy basenie. Z głośników trąbiły modlitwy. Jedni bili pokłony, inni spali pod chłodzącymi wiatrakami w korytarzu. Kiedy zapadłem w głęboki sen, obudzili mnie goście zmywający podłogę szerokimi miotłami. Prawie dostałem po pysku mokrą szmatą. Amit siedział obok, rozmyślając głęboko o jakiś swoich sprawach. Po tym próbowałem znowu zasnąć, ale ktoś mi przeszkodził. Jakiś młody koleś. Zegar pokazywał wtedy 3:30.

– Chcę z tobą pogadać – powiedział.
– Jutro, koleś. Padam na twarz.
– Mogę ci przepowiedzieć przyszłość.
– Weź nie pierdol, nie wierzę w takie rzeczy – mówiłem przecierając oczy.
– Serio, no daj rękę.

Zajęło mi to trochę czasu. Jak ten koleś mnie wypatrzył po ciemku wśród tysięcy pielgrzymów kimających na podłodze? I czego tak naprawdę chciał? Podniosłem się leniwie z płytek. Wyciągnąłem dłoń. Zaczął jeździć palcem po moich liniach.

– Teraz złącz równo obydwie dłonie i przedramiona– polecił mi.
– Noo…
– Twoje górne linie łączą się w ładny półksiężyc. Będziesz miał piękną żonę.
– Wiem, bo taką sobie wybiorę. Koleś, to mnie nie przekonuje.
– Będziesz miał długie życie i dwójkę cudownych dzieci – dorzucił.
– Będę miał piątkę. Dobra, powiedz jaki mam kolor gaci na sobie?
– Czerwony.
– Tak się akurat składa, że dzisiaj nie mam na sobie gaci. Jestem na waleta. I CO ŚCIEMNIACZU?!
– Ale jak to?
– No tak to, walisz pan w chuja!
– Wcale nie! Powiem ci coś jeszcze.
– No dobra, gadaj.
– Nie przepadasz za swoimi studiami.
– Dobra, powiedzmy że zrehabilitowałeś się za te gacie. Skąd to wiesz, do cholery?

Wtedy wstał, poprawił turban i zaczął odchodzić.

– Prrrrrrr, czekaj koleś! Gdzie leziesz? Mam tu jeszcze kilka pytań!
– No dawaj.
– Jadę na Goa. Gadaj co mnie tam czeka.

Znowu otworzył moją garść, jakby spodziewał się, że kryją się tam majtki Jennifer Lopez. Po czym zaczął mówić.

– Widzę cztery piękne kobiety u twojego boku. Trzy Hinduski i jedną Rosjankę.
– Jesteś pewien tej liczby? Będę tam balować przez siedem dni. Myślałem, że będę miał trochę więcej szczęścia.

Przyjrzał się dłoni dokładniej.

– Widzę, jeszcze cycatą Hiszpankę – poprawił się.
– Nareszcie gadasz z sensem.

Po tym znowu wstał bez słowa i szykował się do wyjścia.

– Eeee, prrr! Czekaj pan!
– 500 rupii (30 pln) się należy.
– A to idź pan w chuj – poprawiłem się.

Niecierpliwiłem się jak cholera. Przepowiednie miały się sprawdzić dopiero kilka dni później.

4 comments

    1. Właśnie sprawdziłem tę informację jeszcze raz i wychodzi na to, że skorzystałem wcześniej z niewłaściwego źródła.
      Świątynia jest jedynie pozłacana z zewnątrz.
      Dzięki za czujność! 🙂

  1. Jak mawiał mój dawny dykretor mając na myśli brak doświadczenia „jesteś jeszcze dziewiczy” 🙂

    Przeczytałem kilka poprzednich wpisów, przyznam, że dość przyjemna lektura 😉 ale mało mało detali, zwłaczsza Iran, nie byłem i mądruje się zza biurka, ale więcej by się chciało 😉 otoczenie, ludzie etc.

    W Iranie ze wszystkimi mogłeś się dogadać po angielsku? W Pakistanie w pociągu tak samo? Ciekawi mnie to.

    Pozdrawiam

    1. Tutaj są raptem po 2-3 opowiadania. Więcej detali będzie w książce. Zwłaszcza ludzie, dialogi. Samego Iranu wyjdzie jakieś 160 stron.

      W Pakistanie dawało radę po angielsku. To drugi język oficjalny. W Iranie różnie było, ale na ogól trafiałem na ludzi, którzy znali ten język.

Skomentuj wpis