Porządny diler

Wychodząc z Utopii, zauważyłem podejrzanego gościa. Z wyglądu przypominał skośnooką wersję 50 Centa. Miał czarną bejsbolówkę, gruby złoty łańcuch i duży sygnet. W ręku trzymał potężny pakiet zielska. Odsypał nieco towaru i zaczął kręcić jointa.

– Chcesz kupić? – zapytał.
– Ile za gram?
– Nie sprzedaję takich ilości. Dziesięć gram za dziesięć dolców.
– Gdzie rośnie to dobre gówienko?
– Na wyspie, ale nie wejdziesz tam. Miejsca pilnują uzbrojeni kolesie.

Pim był w porządku dilerem. Zamiast wciskać towar i reklamować go jako najlepszy w całym Sihanoukville, zaczął się ze mną ziomkować. Zapaliliśmy. Wtedy przeszliśmy z relacji klient – diler, na poziom kumpel – kumpel. Pim opowiedział mi o sobie.

– Wychowałem się w Malezji, jakieś 20 kilometrów od Kuala Lumpur. Mieszkałem w zajebistej willi z basenem, ale od kiedy pamiętam, miałem problemy z ojcem. Ciągle robił awantury, nie wspominając już o tym, jak traktował moją matkę. Długo się temu przyglądałem. Pewnego dnia powiedziałem sobie: „Pim, albo spieprzasz z tego domu i zaczniesz pracować na siebie, albo ześwirujesz z tym nierobem”. No i spieprzyłem, miałem wtedy osiemnaście lat.
– Czekaj, czegoś tu nie kapuję. Mieszkałeś w willi, a twój ojciec był nierobem?
– Pozwól, że dokończę.

Zaciągnął się blantem. Wziął porządnego bucha, wypuścił i mówił dalej.

– Wiesz, dlaczego ten nierób jest obrzydliwie bogaty?
– No, nawijaj.
– Mój dziadek należy do najbogatszych ludzi Iranu. Jest królem ropy. A mój stary to zwykły frajer. Wyobraź sobie, że on nigdy, przenigdy nie pracował. Tylko ciągnie forsę od swojego ojca. Nie chciałem być na takim utrzymaniu.

– Więc wolisz dilować niż być jak twój stary?
– Wolę dilować.

Pim przez dziesięć lat bujał się po Azji w poszukiwaniu swojego miejsca. Nieźle znał angielski, dlatego bez problemu dostawał robotę w dobrych hotelach.

– Jutro dam ci pracę. Będziesz mógł zostać, ile chcesz.
– Jaką pracę?
– W jednym z barów przy plaży. Nie wydasz ani grosza na nocleg, jedzenie, alkohol i trawkę.
– Poczekaj, pójdę po piwo.
Happy hours się skończyło, powołaj się na mnie. Zapłacisz tylko 50 centów.

Poszedłem po tego browara i wróciłem. Pracę miałem dostać w „Dolphin Bar” przy Serendipity Beach. Do moich obowiązków miało należeć stanie za barem i picie z klientami. Robota jak marzenie. Jedyne warunki, które musiałem spełniać, to dobry angielski i mocna głowa. Byłem nienajgorszym kandydatem. Nie byłoby potrzeby namawiać mnie do tej pracy, gdyby nie…

… przebijający się przez wyobraźnię ten pieprzony gmach, w którym będę niedługo gnić jak gówno w szambie.

– Pim, muszę wracać do Polski.
– Luźno, bracie. Tutaj zawsze ktoś się znajdzie.

Pim pracował w Utopii dorywczo. Robota na recepcji nie była dla niego szczytem marzeń, aczkolwiek stwarzała całkiem niezłe możliwości. Założę się, że z dilowania zarabiał więcej, niż w hostelu, który był dla niego świetnym rynkiem zbytu. Koleś wykorzystywał ten fakt bardzo sprytnie.

Choć propozycja wydawała się kusząca, do Sihanoukville nie przyjechałem pracować. Od początku chciałem dostać się na wyspę Koh Rong. Tyle że od trzech dni byłem uwięziony w hedonistycznym raju, w którym jedyną formą spędzania czasu było wlewanie w siebie alkoholu. Przez te trzy dni panował silny sztorm. Policja w Sihanoukville od dłuższego czasu utrzymywała oficjalny zakaz opuszczania lokalnych portów przez łodzie. Fale na morzu sięgały dwóch metrów, dlatego nikt – nawet nietrzeźwo myślący – nie pchał się do wody. Na szczęście po długiej zlewie do miasta wreszcie zawitało słońce. Byłem niesamowicie uradowany.

 

Skomentuj wpis