Pociągiem do Karaczi, śmierć czai się w górach

„Departament Policji w Kwecie informuje, że obywatel Polski, Mr. Malinowski posługujący się numerem paszportu xxxxxxxxx, wyruszy pociągiem z Kwety do Karaczi dnia 17.09.2016 r. o godz. 11:00. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie ochrony na wyżej wymienionej trasie, a w razie jakiegokolwiek zagrożenia, służby bezpieczeństwa są w pełni odpowiedzialne za jego życie”.

Tak brzmiała krótka wiadomość, która miała być gwarantem tego, że do Karaczi dojadę w jednym kawałku. Przynajmniej na papierze.

 

Początek eskorty

Zanim wsiadłem do pociągu, musiałem koniecznie zjeść coś normalnego. Nie mogłem, oczywiście, pójść do knajpy sam. Towarzyszyło mi dwóch policjantów. Gdy dostałem górę ryżu w curry i mocno doprawioną nóżkę z kurczaka, siedziałem w środku pomiędzy gliniarzami. Pilnowali mnie z kałachami, a ja jadłem. Nie odpuszczali mi na krok. Chodzili za mną wszędzie. Dobrze, że przed wyjściem z hotelu na zapas się wysrałem.


– Nie przyjmuj żadnego jedzenia, ani picia od nieznajomych osób – mówił policjant. – Ktoś może podać ci coś, po czym zaśniesz i stracisz swoje rzeczy. Pilnuj się, dobra?


Pomyślicie pewnie, że znowu miałem pełno w gaciach. Odpowiem Wam lojalnie – nie miałem. Choć moje zmysły były wyostrzone, jak po zażyciu amfetaminy, nie do końca docierało do mnie, że ta podróż obraca się wokół ciemnej rzeczywistości, w której złodzieje, bandyci i terroryści posiadają bardzo wpływowy argument. Czyli spluwę.

Wsiadłem do klasy ekonomicznej, kupiłem najtańszy możliwy bilet. Kupiłem go specjalnie, by zobaczyć jak podróżują biedniejsi. Poza tym nadal nie mogłem podróżować na własną rękę. Tereny w stronę Karaczi nie były do końca bezpieczne. Ciągle musiałem mieć ochronę.

Pociąg, do którego wsiadłem zdecydowanie nie był cudem techniki dwudziestego pierwszego wieku. Na wejściu, smród wydostający się z kibla sromotnie atakował nozdrza każdego wchodzącego pasażera. Każdy z nich musiał stawiać duże kroki, by ominąć koczujące na podłodze dzieciaki. Żal było na nie patrzeć. Siedziały na zasyfionej podłodze, która z pewnością przyjęła trochę uryny wyniesionej na podeszwach z toalety.

Usiadłem na kanapie obok czteroosobowej rodzinki. Po przeciwnej stronie wagonu siedziały dwie kobiety na pojedynczych fotelach. Jedna z nich miała nikab, a druga tę muzułmańską kotarę, która zasłaniała twarz razem z oczami. Dobrze, że miała wydziergane jakieś mikroskopijne dziurki. W przeciwnym razie najpewniej by się udusiła, bidulka.

Siedzenia, w przeciwieństwie do smrodu i tłoku na wejściu, były całkiem przyzwoite. Zamiast szyb, wagon posiadał aluminiowe rolety. Zasunąłem swoją, żeby nie dostać spod szyn kamieniem w łeb.

Gdy ruszyliśmy, mijaliśmy lepianki na przedmieściach Kwety i potężne wysypiska śmieci.
Mijaliśmy też wyjątkowo oldschoolowe mosty, tunele przecinające upalne góry Beludżystanu i dzieciaki, które wychodziły z lepianek i machały w stronę nadjeżdżającego pociągu. Przypomniały mi się wtedy czasy oranżady na miejscu za trzydzieści pięć groszy, lodów Bambino i gumy Turbo. Doskonale je pamiętam. Kiedy odwiedzałem dziadków, przed każdą chałupą na polskiej wsi zawsze stała ławeczka. Siedziało się na niej, wymieniało naklejkami i liczyło nadjeżdżające samochody. To dopiero była frajda!

Pociąg zatrzymywał się średnio co trzydzieści kilometrów. Wsiadali wtedy sprzedawcy i handlowali bananami, ciasteczkami i lodowatą colą. Wszystkie stacje były patrolowane przez komandosów, żołnierzy i policję. W naszym wagonie też przechadzali się komandosi. W łapach trzymali najczęściej niemieckie MP5–tki albo amerykańskie M–16. Z jednym z nich się zaziomkowałem. Nazywał się Gulzar, miał dwadzieścia pięć lat i błysk w oku, który charakteryzuje największych twardzieli. Choć był niesamowicie sympatycznym facetem, z jego twarzy dało się wyczytać, że widok śmierci drugiego człowieka był częścią jego pracy.

 

Komandos

Gulzar opowiadał mi o tym, jak trzy miesiące wcześniej ożenił się z osiemnastolatką. Po raz pierwszy na własne oczy, zobaczył ją dopiero w dniu ślubu. W Pakistanie, ponad połowa związków jest nadal aranżowana przez rodziców.


– Stary, ale co by było, gdyby kobieta ci się nie spodobała? – zapytałem.
– Nie ma takiej możliwości, muszę szanować moich rodziców.
– No ale wiesz, nie taka osobowość, buzia, pośladki jak sobie marzysz. Niekoniecznie w tej kolejności. Co wtedy robisz? Będziesz z nią przez całe życie?
– W Pakistanie rodzice zwykle wiedzą jak wybierać.
– Skąd wiedzieli, że akurat ta dziewczyna będzie dla ciebie odpowiednia?
– To moja kuzynka, znali ją doskonale!
– A noc poślubna?
– Co masz na myśli?
– Noo, jak pierwsze bunga–bunga?
– Tajemnica.
– Nie sądzisz, że takie związki to branie kota w worku? Przecież nie wiesz, co kryje się  pod kiecką. W Polsce dziewczyny noszą legginsy. Więc nie ma szybkiego zwrotu i nie ma zbędnego ryzyka.
– Wiem co masz na myśli – klepnął mnie po ramieniu. – Ale ja chyba miałem szczęście. Moja żona naprawdę mi się podoba.


W pociągu było niesamowicie duszno. Wiatraki, które kręciły pod sufitem dawały mizerny wiaterek. Co chwilę wychylałem głowę przez okno i odpowiadałem na rozbawione miny dzieciaków. Gulzar siedział obok mnie. W dłoni trzymał karabin.


– Droga z Kwety do Karachi nie jest bezpieczna. To ciągle Beludżystan – mówił.
– Powiedz mi coś Gulzar.
– Noo…?
– Czy ty przypadkiem nie jesteś moim osobistym ochroniarzem?
– A jak myślisz?
– Myślę, że przysiadłeś się, żeby sobie pogadać.
– Dostałem polecenie, żeby cię chronić. W tych górach kryją się talibowie i jeśli zaczną strzelać, to odpowiemy ogniem.
– Gulzar, zabiłeś kiedyś jakiegoś sukinsyna?
– A jak myślisz? – znowu zapytał retorycznie. Ale tym razem, był bardziej dosadny i wylewny w słowach. – Zajebałem trzech talibów. Pierwszego zimą 2014, i jeszcze dwóch kilka miesięcy później.
– Jak to wyglądało?
– Dostaliśmy cynk z namiarem na ich pozycję. Pojechaliśmy tam uzbrojeni w dziewięciu i otworzyliśmy ogień. Wiesz jak go załatwiłem?
– MÓW!
– Gdy strzelał do nas, osłaniał mnie kumpel. Kumpel schował się za budynkiem, a ja padłem na ziemię i udawałem, że nie żyję. Ten frajer myślał, że nie żyję – znów parsknął śmiechem, ale tym razem bardziej złowieszczym.
– NO GADAJ DALEJ!
– Kiedy szykował się do odwrotu, wstałem i zasadziłem mu kulkę między oczy. Po tym dobiegłem i dodźgałem go bagnetem – wskazał i popieścił metalowy czubek, niczym oręż zwycięstwa, po czym dorzucił. – Oni są skurwysynami. Ale ja jestem jeszcze większym skurwysynem. Ten bagnet nasączony jest fosforytami. Jeśli Cię nim dziabnę chociaż lekko, to umrzesz po trzech, góra czterech dniach.
Prawdę mówiąc, nie wiem, jak można nasączyć kawałek stali, ale było tak upalnie, że nie chciało mi się tego roztrząsać.
Na stacjach wsiadali kolejni oficerowie. Paszport trzymałem w saszetce na szyi, tak aby sprawnie się legitymować.
– Dzień dobry sir, jak się podróżuje? Wszystko w porządku? – zapytał postawny, jak na pakistańskie warunki oficer.


Czułem się bezpiecznie.

Facet wziął mój paszport i przyłożył go do starej Nokii. To chyba jeden z tych modeli, który pływa, gra w piłkę i może przetrwać spotkanie z paszczą rottweillera.
Moje dane krążyły w Special System of Balochistan, który potwierdzał tylko i wyłącznie tożsamość cudzoziemców. W pociągu byłem jedynym białasem, oficerowie nie mieli za wiele roboty. Ten specjalny system polegał na tym, że patrole wysyłały sobie SMS–a z moimi danymi. Nieźle, co?

 

Terroryści

Zbliżał się wieczór i wreszcie mogłem zasnąć na leżance pod sufitem. Nikt mnie już nie legitymował. Próbowałem usnąć, ale nogi wystawały mi na przejście, choć i tak byłem już skulony. W dodatku telepało jak diabli i było tak upalnie, że kobieta, która siedziała niżej, zdjęła tę swoją kotarę z dziurkami i łapała powietrze napływające do środka wagonu. Wcześniej podejrzewałem, że kryje się za nią ładna buzia i cudowne, czarne, jak węgielki oczy. Ale czar niespodziewanie prysł. Dzieło mojej wyobraźni w rzeczywistości wyglądało, jak plagi egipskie i siedem nieszczęść razem wziętych. Jak dobrze, że żyję w Polsce. Gdyby to miała być wybranka rodziców, którą zobaczyłbym po raz pierwszy przed ołtarzem, to od razu bym spieprzył. Jak tak można robić facetów w konia? Przecież to okrutne.

Gdy udało mi się w końcu zmrużyć oko, nagle ktoś mnie obudził. To facet, który siedział niżej. Złapał mnie za kostkę i szarpnął w dół. Pociąg stał w miejscu.

– Co jest koleś? – zapytałem.
– Terroryści – wycedził przez zęby.

ZESRAŁEM SIĘ ZE STRACHU!!!!!!!!!

Od razu przewidywałem najgorsze. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić! Zrobić rachunek sumienia i czekać w napięciu na śmierć? Jak człowiek może pożegnać się ze światem, gdy dowiaduje się, że zaraz będzie po nim?! Moja głowa gotowała się z przerażenia. Przed oczami przeleciały mi najlepsze kadry z życia. Były bardzo uproszczone. Każdy z nich trwał ułamki sekund. Kurwa, a może by tak wziąć plecak i wiać ile sił w nogach? A po cholerę mi teraz plecak! TYLKO W KTÓRĄ STRONĘ?!

Gulzar wrócił z karabinem. Pociąg nadal stał w miejscu.

– Co jest stary, powiedz, co jest?! – mówiłem  totalnie obesrany. – To prawda, że na zewnątrz są terroryści?

Komandos odpowiedział po sekundzie. Uwierzcie mi, była to najdłuższa sekunda w moim życiu.

– Talibowie dowiedzieli się, że w pociągu jest Polak. Chcą cię porwać – powiedział wyraźnie rozbawiony.
– To ma być, kurwa, żart?!

Roześmiał się.

– WY SKURWYSYNY! Przestańcie sobie robić ze mnie jaja! Co się dzieje?!
– Kobieta pomyliła drzwi łazienki z tymi od wagonu i wypadła. Zginęła na miejscu.
– O kurwa…
– Nie stresuj się, wszystko jest w porządku – zapewniał.

W życiu nikt mnie tak nie wrobił. Gulzar był wprawdzie dowcipnisiem, gadało nam się naprawdę swobodnie. Ale jak mogłem się spodziewać po nim czegoś takiego ? W ostatecznym rozrachunku cieszyłem się, że był to tylko żart. Ciężkiego kalibru, ale jednak żart. Pomyślałem, że ta sytuacja była symulacją nadciągającej śmierci.

– W Pakistanie – mówił Gulzar – możesz na własne oczy zobaczyć, jak ginie drugi człowiek. Albo w wyniku wypadku, albo przez zabójstwo. Pakistan to kraj bezprawia. Nnasi politycy też zabijają ludzi. Jedyny powód, dla którego jestem komandosem to dobra pensja.

Rozmyślałem wtedy nad tym, jakie życie potrafi być kruche. Wystarczy chwila zawahania, nieważny krok, albo ktoś, kto niekoniecznie cię lubi i po Tobie. Lądujesz w piachu wraz z niespełnionymi marzeniami, które odkładałeś na inną, lepszą chwilę.

Przed północą, znowu ktoś mnie obudził. To Gulzar. Spałem wtedy na dolnej kanapie.

 

– Na mnie czas, bracie. Wysiadam tutaj. Twojego bezpieczeństwa będą pilnować moi kumple – powiedział.
– Dzięki stary. Ale powinienem ci skopać tyłek za ten numer.
– Bez spiny. I pamiętaj – uśmiechnął się nonszalancko. – Załatwiłem trzech talibów.

Poprawił na głowie beret i zniknął w ciemności.

 

Pierwszy kontakt

W pociągu po raz pierwszy miałem kontakt z Pakistańczykami. Nie mówię o żołnierzach, komandosach i całej reszcie z bronią pod pachą. Mówię o zwykłych ludziach. Takich, jak Wy.

Ktoś zaprosił mnie na posiłek. Zjadłem, pogawędziliśmy sobie. Nikt mnie nie otruł. Ktoś inny znów mnie czymś poczęstował. Potem wdawałem się w kolejne dyskusje, ale najlepiej pamiętam rozmowę z małżeństwem w średnim wieku. Byli niezwykle sympatyczni, częstowali ciasteczkami. Rozmawiałem właściwie tylko z facetem, bo byliśmy w Pakistanie. Gdybym w obecności faceta przechylił ciężar rozmowy na kobietę, to złamałbym przyjęte obyczaje.

– Jak ci się podoba w Pakistanie? – zapytał.
– Prawdę mówiąc, nie wiele jeszcze widziałem.
– Jesteś dziennikarzem?
– Jeśli już by się upierać, to jestem nieszczególnym awanturnikiem. Przyjechałem, by przekonać się, że Waszym kraju żyją normalni ludzie. Właśnie tacy jak pan.
– Dziękuję za te słowa. Widzisz, my zdajemy sobie sprawę, że o Pakistanie mówi się u was same złe rzeczy. Na Zachodzie kojarzycie nasz kraj tylko z terrorystami.
– Ma pan rację.
– Ale spójrz, teraz sobie zwyczajnie rozmawiamy. Pakistańczycy są otwarci i bardzo przyjazni – uśmiechał się ciepło.
– To prawda. Europejczycy dzielą się na tych, którzy byli w Pakistanie i na tych, nigdy tam nie będą. Zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci drudzy.
– Zdaję sobie sprawę, ale my nie mamy żadnego związku z terrorystami. Nie chcemy ich w naszym kraju. Jest nam przykro, bo zamiast sławić nasz kraj z tego co najlepsze, dostajecie niekompletny przekaz.
– Proszę źle tego nie odebrać, ale terroryzmu prawdopodobnie nigdy oddzieli się od Pakistanu. A do mediów nigdy nie przebiją się pozytywny obraz. Ten negatywny, zawsze lepiej się sprzedaje, bo jest bardziej widowiskowy i nie trzeba go dogłębnie tłumaczyć. Bomba huknęła. Pakistan. Zginęło 150 osób. To uproszczenie rzeczywistości, tak samo jak nazywanie wszystkich muzułmanów terrorystami. Kto by chciał trąbić w  mediach o tym, że w Pakistanie żyje dwieście milionów normalnych ludzi, niemających powiązań z talibami? Kto by napisał o tym, że zapraszacie białego do swoich przedziałów i dzielicie się tym, co posiadacie? Te informacje nie są medialne.
– To przykre. Mam jednak nadzieję, że wrócisz z dobrymi wspomnieniami. Życzę ci tego, młodzieńcze, z całego serca – uścisnął moją rękę.

Facet ten był nad wyraz emocjonalnym człowiekiem. Miał w oczach tę wielkoduszność i rzadko spotykany żal. Taki, który budzi się tylko na chwilę, a potem dalej zapada w głęboki sen. Było mi naprawdę szkoda tego faceta. Domyślałem się, że te oczy mogą odzwierciedlać wnętrze milionów Pakistańczyków. Po tych wszystkich pieprzonych eskortach, chciałem ich wreszcie poznać.

Skomentuj wpis