Narkotykowym szlakiem

 

       Do granicy z Pakistanem brakowało 1150 kilometrów, droga wiodła półpustynnym terenem, zmierzając na wschód i oddalając się od czegoś, co na Zachodzie zwykliśmy nazywać cywilizacją. Ogromne przestrzenie przedzielała zakurzona linia horyzontu: zwaliste, płonące niebo u góry i wysuszone pod nim trawy. Znów robiło się sucho, coraz bardziej sucho. Przemykałem z szoferami przez kolejne miasteczka, mijaliśmy skupiska melancholijnych chat – zbitych pośród tej głuszy, jakby im raźniej było – po czym wpadaliśmy w niezmierzone ciemności, a jasny, świetlisty półksiężyc nad nami zapowiadał kolejną muzułmańską krainę.

        O świcie ocknąłem się ze świadomością, że znajduję się dziewięćdziesiąt kilometrów od granicy w Mirjaveh, w Zahedanie. Wytoczyłem się z ciężarówki odrętwiały i półprzytomny – bo jak to nieraz na autostopie bywa – jazda nocą daje w kość i to dosłownie daje. Z zaspaną gębą wyszedłem na miasto i pokręciłem się po ulicach. Oto wschodnie rubieże Iranu, pustynny i górzysty Sistan i Beludżystan.

       Nim dotarłem na wylotówkę, miałem do czynienia z naganiaczami taksówek, czymś, co prędzej kojarzy mi się z Kambodżą aniżeli z Iranem. Zgraja wynudzonych taksówkarzy nagle się ożywiła. Dopadli mnie, osaczyli z zaskoczenia. Przepychali się o to, kto zawiezie białasa do granicy. Niektórzy byli tak nachalni, że przy okazji wwiercali się kapucynami w mój blady tyłek. Dałem więc chodu na drugą stronę ulicy i schowałem się za winklem. Ukradkiem, powoli, bardzo powoli wychyliłem nosa. Myślałem, że dali mi święty spokój, ale nie!!! Oto stado Januszy goni Świeżaka!!! My friend, my friend!!! Darli gęby, nie odpuszczając pościgu! Możliwe, że od miesięcy nie trafił im się bankomat, tfu, obcokrajowiec. Wiałem co tchu, prosto przed siebie, byle dalej od tych upierdliwych drani. Nie jestem pewien, ile przecznic musiałem pokonać, ale nieźle się zdyszałem. Niełatwo zgubić piętnastu typa, kiedy wiejesz z cholernym plecakiem.

* * *

       Drogę do przejścia granicznego z Pakistanem kontroluje wojsko. Na drodze ustawione są posterunki, służby sprawdzają każdego, kto jedzie w kierunku Mirjaveh. Jeden z funkcjonariuszy zauważył mnie, kiedy próbowałem łapać stopa. Najpierw zostałem przeszukany, potem zapytano, gdzie się wybieram, a następnie – dla własnego bezpieczeństwa – kazano wziąć taksówkę i wpisać się w policyjnym rejestrze. Nie powiem, abym się tym jakoś uradował, bo za tę przyjemność skasowano mnie na dziesięć dolców (i tak zapewne przepłaciłem), ale nie miałem wyboru – najwyraźniej obecna sytuacja w regionie nie pozwalała, by jechać stopem.  

      Irański Beludżystan od lat pozostaje solą w oku Teheranu. Oprócz podziałów etnicznych w grę wchodzą różnice religijne. Irańczycy są szyitami, Beludżowie – sunnitami. O regionie zwykło się mówić, że jest niebezpieczny, a nawet część moich znajomych Irańczyków, opowiadając najgorsze historie, przestrzegała mnie przed Beludżami. To nie do końca tak. Na przestrzeni ostatnich lat w Zahedanie miały miejsce dwa zamachy terrorystyczne, do których doszło w 2009 i 2010 roku. Powielanie od tamtej pory mitu, jakoby wszyscy Beludżowie gotowi byli wysadzać szyickie meczety jest cholernie niesprawiedliwe. Więc, żeby nie było – w Zahedanie żyją przesympatyczni ludzie! Będą cię zaczepiać, zagadywać, zapraszać na herbatkę i tak dalej – podobnie zresztą jak w całym Iranie.

      No dobrze, ale autostopem nie chcieli puścić.
      Może jednak coś na rzeczy jest?
      Bez wątpienia.
      Chociaż problem leży zupełnie gdzie indziej.

* * *

      Podczas gdy Afganistan produkuje 90% światowego opium, stanowiącego bazę do produkcji heroiny, niewiele mówi się o narkotykach w sąsiednim Iranie. Kraj funkcjonuje jako główny kanał przerzutowy na rynki zachodnie. A przy okazji zbiera żniwo swojego położenia.

      Zahedan na pierwszy rzut oka przypomina senne, przygraniczne miasto Bliskiego Wschodu. Liczne meczety, opustoszałe ulice i wynudzeni jak mops taksówkarze, którzy palą szlugi jeden za drugim. Ale Zahedan ma też swój rewers, kryje ciemną stronę. Miasto leży u zbiegu górzystych granic Iranu, Pakistanu i Afganistanu, blisko strefy Złotego Półksiężyca – to najpotężniejszy region upraw opium na świecie. Przez miasto przerzuca się tony narkotyków, narkobiznes rośnie, gangi ścierają się na granicy, a wszechobecna bieda sprawia, że handel bywa głównym źródłem dochodu całej rodziny.

      Bezrobocie na poziomie sześćdziesięciu procent, siedem dolarów socjalu na głowę. W stolicy Beludżystanu nie mają wyboru. Opium i heroinę potrafią już sprzedawać nastoletnie dzieciaki. Niektóre zajmują się tym po ukończeniu piątej klasy. Większość z nich wpada w uzależnienie – a jeśli ich matki się nie oszczędzały – jest uzależniona już od urodzenia.
      Tymczasem strumień narkotyków od lat płynie.
      Samotne wilki i zorganizowane grupy. Gdy zapada zmrok, szmuglerzy wyruszają z kontrabandą. Noktowizory, granatniki, AK-47, najwięksi gangsterzy zbroją się po zęby. W starciach na wschodniej granicy Teheran płaci wysoką cenę. Od końca rewolucji islamskiej z rąk przemytników życie straciło ponad cztery tysiące funkcjonariuszy. Walka, która toczy się w tym regionie, rzadko przebija się do czołówek światowych gazet.

* * *

      Po rozmowie z funkcjonariuszami udało mi się ustalić, że starcia na granicach mają charakter nieregularny i zdecydowanie ciężko trudno stać się świadkiem takiego zdarzenia. Bardziej ryzykowne byłoby łapać stopa o zmierzchu albo rozstawiać się z namiotem w pobliżu miasteczek, które leżą na szlaku kontrabandy. Policjanci ostrzegali: danger, danger! bandyci! przemytnicy! Lepiej byś nie utknął w nocy! Nie powiem, dawało to do myślenia, choć był środek dnia, a do granicy w Mirjaveh tylko dziewięćdziesiąt kilometrów. Z ich punktu widzenia nie było innego wyjścia: mieć zaufanego kierowcę, zostawić im numery tablic.

      Sistan i Beludżystan wydawał mi się tak odmienny od poznanego dotąd Iranu, jak tylko można sobie to wyobrazić. Niewykluczone, że poznawałem go akurat od tej ciemniejszej strony, a może rzeczywiście, taki obraz wyłania się tu jako pierwszy. Przed wyruszeniem w kierunku Mirjaveh przydzielono mi losowego taksówkarza. Facet miał dowieźć mnie do granicy, wysadzić i na tym kończyło się jego zadanie – zapewniał jedynie transport.

– A bezpieczeństwo?
– Zapewnimy je po drodze.

      Punkty kontrolne i patrole policji. Faktycznie, pojawiały się co jakiś czas, w miarę jak zbliżaliśmy się do przejścia. Taksówkarz opowiadał, że większość dróg w okolicy wygląda podobnie i że policjanci sprawdzają każde auto. Mówił też o samym przemycie, o tym, jak szmuglerzy próbują wykiwać gliniarzy. Któregoś razu na kontroli wpadł kierowca busa, który wiózł 450 kilogramów orzechów laskowca. Policjanci daliby się nabrać, gdyby nie służbowy pies. Najpierw obszczekał plandekę, potem wbiegł na pakę i… szczekał na orzechy. Funkcjonariusze za nim, sprawdzali i grzebali, może nawet w tych orzechach nurkowali, bo kto by pomyślał, opium ukryto wewnątrz skorupek. Ktoś musiał wyłuskać środki, łupina po łupinie, i jeszcze jakoś to skleić – w sumie dziesiątki tysięcy sztuk. Co zrobiono z kierowcą później, łatwo się domyślić. Opium zaś trafiło na stertę prochów, które sfajczono publicznie.

      Gdy dotarłem do Mirjaveh, było wczesne popołudnie, taksówkarz wysadził mnie kawałek przed granicą. Szedłem dziurawą drogą, zakurzoną i brudną, piekarnik jak cholera, wiatr zacinał piachem w oczy aż musiałem zakryć się kartonem. Dookoła pustka, istny koniec świata. Dwóch celników w budzie, opuszczony szlaban i wymarły, pozabijany dechami motel. Szedłem zatem do granicy, aż wreszcie zatrzymałem się do kontroli.
Mister – powiedział oficer zza okienka – do Pakistanu?

      Kiwnąłem głową i wyciągnąłem paszport.

– Jeśli do Pakistanu, to nie dzisiaj. Granica zamknięta.
– Jak to? – odparłem zaskoczony. – Coś się stało?
– Pakistańczycy zamknęli – wyjaśnił ten drugi. – Nie wiemy, dlaczego. Godzinę temu jeszcze pracowali.
– Wiadomo, kiedy otworzą?
– Dopiero jutro.
– Jasna cholera.
– Przykro nam, mister.
– To może rozstawię się z namiotem?
– Obawiam się, że to nienajlepszy pomysł. W tej okolicy bywa różnie. Musi mister przenocować w jakimś hotelu.

     Najbliższy hotel znajdował się w Zahedanie. Dokładnie tam, skąd przyjechałem. Na granicy było pusto, przed szlabanem jedna taksówka. Kierowca już zacierał rączki, a ja kurwiłem pod nosem. Dziesięć dolców poszło w piździec i zaraz pójdzie kolejne dziesięć, bo jakoś wrócić trzeba. Pakistanów się, kurwa, zachciało. Ojciec kazał siedzieć w domu i miał chyba rację.