Kitajska ambasada działa jak pieprzony dziekanat studencki

Wyrabiając chińską wizę w stolicy Mongolii, początkowo miałem być uziemiony tylko na kilka dni. Na ten czas musiałem gdzieś się zatrzymać. Rozważałem nawet nocleg w jakiejś taniej dziurze hotelowej, bo słabo działający couchsurfing nie dawał szansy na znalezienie gospodarza.

Wszedłem do zgrzybiałego trolejbusu komunikacji miejskiej, ledwo mieszcząc się z tym cholernym plecakiem. Znałem nazwę przystanku, ale nie wiedziałem, kiedy wysiąść. Nie pozostawało mi nic innego, jak zacząć pytać przypadkowych ludzi. Zaczepiałem po kolei wszystkie młode osoby z głupią nadzieją, że ktoś będzie w stanie wydusić z siebie cokolwiek po angielsku. Odpowiedzią były same drętwe spojrzenia. Bez znajomości mongolskiego mogłem co najwyżej pocałować klamkę. W pewnym momencie ktoś zawołał mnie z tylnego siedzenia. Okazało się, że to młody Mongoł. Koleś wyglądał jak samuraj. Włosy miał spięte w kucyk, był nieźle zbudowany.

– Hej, stary! Jak mogę ci pomóc?
– Muszę wysiąść na Mungun Zavya, ale za cholerę nie mam pojęcia, gdzie to jest.
– Wysiądziesz ze mną. Jesteś backpackerem?
– Autostopowiczem.
– He he – przybił ze mną piątkę. – Chyba znam takich gości jak ty. Słuchaj bracie, jeśli niczego nie znajdziesz, możesz zatrzymać się u mnie tak długo jak tylko zechcesz. Masz mongolski numer?
– Taaa…ak – odpowiedziałem, stojąc wryty jak słup soli.
– Zapisz mój numer.

Hiszge był jedyną osobą, która mówiła w tym trolejbusie w jakimkolwiek ludzkim języku. Ale nie to było w tym wszystkim najbardziej zaskakujące. Ostatecznie, Mongoł przygarnął mnie pod swój dach, traktując jak własnego brata. Początkowo miałem zostać u Hiszge tylko na kilka nocy. Tymczasem Ułan Bator zassał mnie na dwanaście dni. A jak to się stało, że w stolicy Mongolii zabawiłem niemal dwa tygodnie?

Wróćmy do wizy.

Zacznijmy od tego, że Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Ułan Bator działa jak pieprzony dziekanat studencki. Kitajska placówka otwarta trzy razy w tygodniu przez dwie i pół godziny generuje kolejki podobne do tych na korytarzach jebanego NFZ-tu. Człowiek musi koczować od samiuśkiego rana w lepiącym się od potu tłumie. I w tę kolejkę zawsze próbuje się ktoś wpieprzyć.

Lewe rezerwacje hoteli, lewy bilet lotniczy, lewe zaproszenie ze strony chińskiej. Wszystko musiałem załatwić na lewo. Brzmi to jak jakiś niezły przekręt? Noo… być może. Ale warto wspomnieć o czymś jeszcze. W Ułan Bator wszyscy biali, którzy czekają na turystyczną wizę, muszą załatwić fałszywe papiery, ponieważ w ambasadzie życzą sobie potwierdzenia rezerwacji przylotu i wylotu z Chin. To, że planujesz dalszą podróż lądem, mają w głębokim poważaniu. Teraz można sobie wyobrazić, jak turyści gnają kurcgalopem do lokalnego biura podróży, prosząc o wydruk fałszywych rezerwacji, a ślicznie uśmiechające się pracownice robią to bez mrugnięcia skośnym okiem. I to za darmo! Mongolski cyrk pełną gębą.

Wizę otrzymałem po czterech dniach. Na pierwszy rzut oka wyglądała w porządku. Byłem zadowolony. Dwa dni później siedziałem w jednej z garkuchni i przyjrzałem się jej uważniej. Mało brakowało, żebym się zadławił, zachwiał i wypieprzył z talerzem pierogów na ziemię. Te skośnookie urzędasy wbiły mi wizę na siedem dni! A przecież we wniosku wyraźnie zaznaczyłem opcję trzydziestodniową. W ciągu tygodnia przelecieć Chiny z północy na południe, to owszem, mogłem. Ale plecakiem odrzutowym, a nie na stopa. Wpieniłem się jak diabli.

Wróciłem rozgorączkowany z powrotem do ambasady.

Kobieta zza okienka miała w nosie moje tłumaczenia. „Jesteś pan ciapa, boś pan nie zauważył, toś sam pan se winien. Wizy nie poprawimy. Koniec kropka”.

Gdybym był MacGyverem, to wyciąłbym sobie wizę z gazety. Ale przecież, cholera, nie byłem. Aplikowałem jeszcze raz i srając żarem, latałem tu i tam. By zdążyć przed czasem.

***

Była dziesiąta czterdzieści, poniedziałek.
Od jedenastej skośnooki strażnik nie wpuszczał nikogo do środka. Mogli przebywać tam jedynie ci, którym do ambasady udało się wejść wcześniej. Kolejny dzień pracy szanownej kitajskiej ambasady przypadał na środę. Sytuacja była więc napięta jak baranie jaja. W dodatku musiałem wybulić pięćdziesiąt dolarów na nową wizę. Niech ich szlag…

Zacząłem wyścig z czasem. Stresowałem się jak pedofil pod więziennym prysznicem. W ciągu pół godziny, na wariackich papierach, zaliczyłem sesję u fotografa, wydrukowałem wszystkie lewe dokumenty i zeskanowałem ubezpieczenie w pakiecie z innymi pierdołami. Przed placówką zjawiłem się dziesięć minut po czasie. Pot kapał ze mnie jak smalec z wędzącego się prosiaka. Ale nie mogłem się poddać. Stałem i waliłem w ciężkie, metalowe drzwi. Po długiej serii uderzeń pięścią strażnik lekko je uchylił. Zapierał nogą z drugiej strony tak, aby żaden intruz nie wpakował się do środka. Co za wredny chujek!

Zacząłem swój lament. Po polsku. Wszystko jedno po jakiemu, byle brzmiało dramatycznie i przekonywująco. Facet pozostawał nieugięty. Ten stary pierdziel kazał mi się wynosić!

– Panie, ja to pierdolę. MUSZĘ WEJŚĆ!
– Wypierdalać! – obwieścił jednoznacznie.

O patrzcie, Bogusia Lindy się naoglądał!

Nie pozostało mi nic innego, jak wbić się na krzywy ryj.

Popchnąłem drzwi razem z tym piernikiem i władowałem się do środka. Kitajec zapienił się jak skośnooki kundel ze wścieklizną. Byłem pewien, że wyciągnie pałkę i spuści mi lanie. Zanim sięgnął po swój argument, dopadłem drugiego strażnika. Lekko dysząc, wyjaśniłem moją sytuację. Wpuścili mnie.

W środku miałem niebywałego farta, który oszczędził mi kolejnych dni oczekiwania. Przed kolejkę wpuściło mnie dwóch ziomków z Polski. Poznaliśmy się już wcześniej. Spotkałem ich gdzieś za Uralem, czekając na stopa. Dziwnym zbiegiem okoliczności, tego dnia i oni starali się o chiński glejt.

One comment

Skomentuj wpis