Jak białas uczy angielskiego w Chinach?

Ruski i Niemiec, z którymi zeżarłem polskie kabanosy, zostali daleko w tyle. Pierwszy zatrzymał się gdzieś za Bajkałem. Drugi stopował jeszcze po Kazachstanie. Przekraczając chińską granicę, mogli mi co najwyżej wąchać nadprute sandały. Byłem dumny jak paw. „Polak, Rusek, Niemiec jechali autostopem do Chin…”. Wiecie już, kto dojechał pierwszy.

 

Jak ryżem o ścianę

Erenhot to pierwsze miasteczko po kitajskiej stronie. To także pierwsza bariera językowa, bo Chińczycy ni w ząb nie znają angielskiego. Wszelkie próby porozumiewania się w tym języku to jak rzucanie ryżem o ścianę. Gdyby nie Francuz, który wcześniej spędził miesiąc w Chinach, to w restauracji pewnie zagralibyśmy w rosyjską ruletkę. U Kitajców grają w to wszyscy biali.
Zmierzając w stronę wylotówki, mijaliśmy garkuchnie, sklepiki i baby z arbuzami. Minęliśmy też pewien budynek, który zwrócił naszą uwagę. Z jego wnętrza dobiegały odgłosy żywej dyskusji. Gadali po angielsku. Przecież to, do chuja pana, niemożliwe!

Budynek przypominał szkolną klasę. Była tam nauczycielka i trochę ławek, w których siedziały dzieciaki. Zwyczajnie urządzona klasa, bez polotu i jakichś tam finezyjnych uczniowskich dekoracji. Widząc tablicę rozpisaną po angielsku, nie mieliśmy wątpliwości, że trafiliśmy na lekcję angielskiego. Podeszliśmy z Jeromem pod okno i zamieniliśmy się w Kitajców. Teraz to my gapiliśmy się tym samym tępym wzrokiem, jakim gapią się na białych w Chinach. Zauważyła nas nauczycielka.

Hello! – krzyknęła.
Nihao! – odpowiedziałem.
– Skąd jesteście?
– Z Europy – wtrącił się Francuz.
– Chodźcie do środka!

W chińskiej klasie

Francuz wszedł pierwszy. Trzymałem się dwa kroki za nim. Na dzień dobry powitała nas salwa śmiechu. Ah, tyle radości z białasa! Zajęliśmy miejsca w ostatnich ławkach, a dzieciaki obserwowały każdy nasz ruch. Kobita zaczęła przeprowadzać z nami wywiad. To akurat lepiej dla dzieciaków. Zawsze wpieniały mnie te dialogi puszczane z płytki na angielskim. Kompletnie do mnie nie docierały. Teraz dzieciaki miały przed sobą tych dwóch frajerów, którzy nadawali między sobą w magnetofonie.

– Jesteście turystami? – zapytała nauczycielka.
– Tak.
– Piechurami?
– Zgadza się. Mój przyjaciel maszeruje do Hong Kongu, a ja do Kambodży.
– Nogami? Nie rowerem?!
– Nie mamy roweru, idziemy na piechotę – Francuz podłapał żart. Położył na stoliku dwa palce i majestatycznie przechadzał się nimi po blacie.
– Nie wierzę wam. Z jakiego kraju jesteście?
– Jerome pochodzi z Francji, a ja z Polski.

Gdy dzieciarnia usłyszała France, chórem krzyknęła po chińsku Fagło. Nasz kraj kojarzyła jedynie nauczycielka.

– Z Polski? – powtórzyła. – Mam koleżankę Polkę. Zaraz, zaraz… jak ona ma na imię? Aaaa, już wiem! Nazywa się Agneśśśka!

Klasa już dawno wstała na nogi. Oczy wszystkich dzieciaków świdrowały nas bezczelnie ciekawskim wzrokiem. Te małe cholery jeszcze wytykały nas palcami! Przyciągaliśmy mniej więcej taką uwagę, jak bzykające się małpy w zoo. Brakowało tylko tego, żeby rzucały w nas bananami.

– No dobra, przyznajcie się wreszcie – powiedziała kobieta. – Lecicie samolotem czy jedziecie pociągiem?
– Autostopem – odparłem.
– Czym???
– Autostopem.
– Auto…? CO!?

Bidulka mało nie połamała sobie języka. Co to, do cholery, ten autostop? Dzieciaki zaczęły podpierać głowy, zastanawiając się razem z kobietą. Oczy robiły się im wtedy jeszcze bardziej skośne.

– Ahhh, czyli nie wie pani, co to jest autostop. Dobrze, w porządku. Nauczę was nowego słówka.

 

Autostopowa erudycja

Zdałem sobie wtedy sprawę, że zaraz nastąpi moje pierwsze publiczne wystąpienie, nie licząc recytowania fraszek Kochanowskiego. Musiałem wspiąć się na oratorskie wyżyny. Myślałem nawet żeby poąęować jak Orłoś przed Teleexpresem. Ale kamera już kręciła.

– Dobra, więc tak – zrobiłem pauzę. – Autostop to taka forma podróżowania, w której zasuwacie na wylotówkę i czekacie, aż jakiś dobry Chińczyk zatrzyma auto, by podwieźć was do następnego miasta. Ten Chińczyk często nakarmi was miską ryżu, żebyście mieli siłę zasuwać dalej. Dopiero wtedy pozwoli wam odejść. I nigdy za to nie płacicie. Waszą zapłatą jest dotrzymanie towarzystwa i uśmiech, który przekazujecie dalej.
– Ooo… – kobieta otworzyła szeroko usta. Chyba zmieściłby się tam kabaczek.
– Właśnie tak chcę dojechać do Kambodży.
– Ooooo…

Teraz zmieściłyby się dwa kabaczki.

– Dobra, muszę zrobić sobie z wami zdjęcie.

Zanim cyknęła fotkę, z pierwszej ławki wyrwał się jakiś dzieciak ze smartfonem i podbiegł w naszą stronę. Po nim to samo zrobiło jeszcze dwoje. Na samym końcu, mijając chichrające się dzieciaki, podeszła nauczycielka. Stanęła w miejscu, odwróciła się do nas plecami, po czym wyciągnęła swój telefon.

– Nie no, Jerome – szturchnąłem Francuza. – Tutaj nawet na lekcji robi się selfie z białasami?
– Stary! Chińczycy nigdy nie przepuszczą okazji, aby zrobić sobie z tobą zdjęcie.
– Raz, dwa, trzy! Smile! – krzyknęła.

Poszło. Najpierw jedno. Później drugie. Skończyło się na kilkunastu.

Coś mi mówiło, że zanim się zjawiliśmy w tej klasie, dzieciaki bazgroliły z nudów jakieś dzieła na ostatnich kartkach zeszytu. Mogły to być na przykład męskie narządy rozrodcze. W każdym razie, mam nadzieję, że daliśmy im kopa do nauki angielskiego. Wyszłoby to na dobre zarówno im, jak i wszystkim białasom w Chinach.
 

Skomentuj wpis