Dzień w raju

 

Zapomnij na moment o wszystkich problemach i przenieś się myślami do miejsca z Twoich marzeń. Wyobraź sobie piękną, turkusową wodę, soczystą zieleń palm, rozgrzany, bielutki piasek. Leżysz na nim zrelaksowany i gapisz się w niezwykle czyste, błękitne niebo. Jego widok przysłaniają Ci rozłożyste, zielone liście. Masz ten obraz przed oczami? Jeśli tak, to właśnie wylądowałeś na Koh Rong. Witaj w raju.

 

Dylematy i dylemaciki

Łódź opuszczała port o dziewiątej. Miałem pół godziny, aby wstać z łóżka, spakować się i załatwić kibel. Niedługo powrót, a w kieszeni ostatnie 50 baksów. Płynąć czy nie płynąć? Jeśli popłynę, to na rejs wydam 20, a reszta będzie musiała wystarczyć do odlotu. Dobra, chrzanić kasę. Co z dojazdem do Bangkoku? Niby 700 kilometrów można zrobić w jeden dzień, ale doszły mnie słuchy, że kilka dni temu Tajowie przestali wydawać wizy na lądowych przejściach z Kambodżą. Jeśli to prawda, to musiałbym zasuwać naokoło przez Laos. W trzy dni nie zdążyłbym na samolot, ni chuja. Na pewno płynąć?
A co mi tam. Płynę! Przecież nie po to przejechałem kawał drogi, aby jakiś pieprzony sztorm popsuł moje plany.

 

W raju

Po dwugodzinnym rejsie z Sihanoukville dotarłem na wyspę. Od razu zaszedłem do jednego z hosteli, by zostawić swoje toboły.

– Daj mi najtańszy pokój, jaki macie – zwróciłem się do recepcjonisty.
– Dwa dolary za dziesięcioosobowy.
– Dobra, biorę!
– Jeszcze tylko paszport, bracie.
– Poczekaj chwilę. Muszę go wyciągnąć z plecaka, to zajmie chwilę.

Zacząłem tam przewracać. Paszport trzymam głęboko na dnie plecaka, więc trochę się z tym piermandoliłem. Koleś, widząc te zmagania, przypomniał mi, gdzie wylądowałem.

– Wyluzuj stary. Przecież jesteśmy w raju.

Na Koh Rong spotyka się ludzi z całego świata. Ekspaci na wyspie otwierają bary, stawiają egzotyczne chatki dla turystów. No i przede wszystkim żyją w harmonii z tubylcami. Udzielają im darmowych lekcji angielskiego, a nawet zbierają śmieci z miejscowymi dzieciakami. Podobało mi się to.

Podobno najpiękniejszą plażą na Koh Rong jest Long Beach. Można do niej dojść, wspinając się przez górzysty teren porośnięty dżunglą. Trasa bez oznaczenia, pełna ostrych podejść. Koleś z recepcji powiedział, że w ostatnim tygodniu dwójka turystów zabłądziła w ciemnościach, ponieważ wyszli zbyt późno, po czym złapała ich noc i musieli kimać w dżungli. Sam dopłynąłem na wyspę dopiero po południu, dlatego nie chciałem ryzykować.

Zostawiłem plecak na materacu pod moskitierą i zadowoliłem się najbliższą okolicą.
Przedreptałem kilometr po piachu. Znalazłem wymarzony kawałek plaży pod cieniem rozłożystych palm. Położyłem się i zaszyłem w samotności. Leżałem wentylem do góry, ręce spoczywały splecione pod głową, pachy chwytały łapczywie promienie słońca. Beztroskie uczucie. Patrząc w morską otchłań, zastanawiałem się, czy smażyć tyłek na bielutkim piasku, czy lepiej robić to samo, unosząc się na łagodnych falach. Całkiem przyjemny dylemat.

 

Cztery dolce, blant i cygaro

W zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Mogłem wtedy krzyknąć, że kocham życie, co właściwie zrobiłem. Piasek cały czas wchodził między pośladki, a skóra stawała się coraz bardziej nagrzana. Wstałem wreszcie, żeby rozruszać kości. Poszurałem nogami po piachu. Dopiero wtedy zauważyłem, że obok mnie leżały cztery dolce.

– Matko Bosko Kochano! – wrzasnąłem znowu.

Z ekscytacji musiałem zapalić sobie cygaro. Miałem przywieźć je dla ojca, ale postanowiłem, że kupię mu inne za te cztery dolce. Pobiegłem kilkaset metrów, żeby znaleźć kogoś z ogniem. Dotarłem tak do małej zatoczki i spotkałem jakiegoś kolesia. Amerykanin. Palił trawkę.

Sorry, dasz ognia?
– No jasne.

Podał mi zapalniczkę. Odpaliłem cygaro i poczęstowałem gościa.

– Zajebiste! Może blanta?
– Chętnie.

Puszczaliśmy kółeczka na przemian: raz z cygara, raz z jointa. Każdy z nas zaszywał się głęboko w swoim umyśle i kontemplował widoki jak zjarany filozof przyrody. Gdybyśmy wylądowali na Koh Rong w czasach starożytności, to pewnie jako pierwsi sformułowalibyśmy większość filozoficznych sentencji. W pierwszej kolejności wpadlibyśmy na najprostszą z nich. Czyli carpe diem.

Skomentuj wpis