Domówka w irańskiej willi

Do Iranu nie przyjechałem, by zwiedzać ociekające splendorem meczety. Chciałem wejść do ukrytego świata młodych Irańczyków, którzy tańczą i dają w palnik, tak jak my – Polacy. Aby wkręcić się do takiego towarzystwa, trzeba mieć farta, albo spędzić odpowiednio długo czasu łapiąc nowe kontakty. A najlepiej spełnić oba te warunki.

 

Jeszcze przed baletami…

– Temat przewodni imprezy jest banalny, black & white. Masz coś białego? – zapytała Nazi.
– Tylko gacie.
– A coś czarnego?
– Też gacie.
– Przestań się już zgrywać, załóż przynajmniej ten czarny t–shirt. Impreza odbędzie się w willi na przedmieściach Arak. Jeśli wpadnie policja, to masz wiać ile sił w nogach. Rozumiemy się?

Spieprzanie to moja specjalność. Kiedy w Turcji koleś chciał sprawdzić głębokość mojej dziury recyklingowej, zapierdalałem z plecakiem niczym Irena Szewińska.

Siedziałem na kanapie w salonie. Patrzyłem, jak dziewczyny z irańskich księżniczek przemieniają się w perskie koty z drapieżnym pazurem. Nadia założyła dwunastocentymetrowe szpilki w kolorze czarnym, narzuciła hidżab i czarne manto, które skutecznie zasłania kobiece kształty. Miała osiemnaście lat, ale klasy i stylu mogłyby pozazdrościć jej znacznie starsze koleżanki. Gdybym zabrał Nadię na polską domówkę, chłopaki by się o nią pozabijali. Cholernie prowokowała swoją wyglądem. Przez chwilę, żałowałem nawet, że poznałem najpierw jej siostrę.

O dwudziestej, przyjechał po nas młody dżentelmen białym Peugeotem. Chyba kręcił z Nadią. Zanim odjechaliśmy, dostaliśmy od matki błogosławieństwo na nadchodzący melanż. Obiecałem, że dziewczyny się nie schleją. Skąd ja to mogłem wiedzieć?

 

Willa

Droga do willi prowadziła przez górzysty teren prowincji Markazi. Gliniastoczerwony krajobraz, skąpany w powoli zapadających ciemnościach, wprowadził mnie w dziwnie ekscytujący nastrój. Nie wierzyłem, że za chwilę odbijemy w pylistą dróżkę i ujrzę willę ogrodzoną trzymetrowym murem – miejsce nielegalnej imprezy.

Gdy dotarliśmy na miejsce, dwóch odstawionych w koszule z muchą jegomości, przywitało nas uśmiechem. Było jak w Panu Tadeuszu:

„Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza „.

Otworzyli bramę, po czym weszliśmy po schodach na drugie piętro. Zobaczyłem średniej wielkości salę. Kobiety siedziały na kanapach. Niektóre zaciągały się papierosami. Miały na sobie stylowe suknie wieczorowe, które dotąd w Iranie, widziałem na wystawach w teherańskich butikach. Zakrywające ciało szmaty mogły teraz wrzucić w kąt. Tak też zrobiły.

Faceci siedzieli w kuchni. Gdy tylko dowiedzieli się od Nazi, że przyjechałem z Polski, nie żałowali mi flaszki.

– Ten gość chce się z tobą napić– powiedziała.
– Niech leje.

Dostałem czterdziestkę Finlandii. Wychyliłem zagryzając kiszonym (w Iranie też mają ogórasy). Odstawiłem pusty kieliszek, a ten błyskawicznie się napełnił. Tłum młodych Persów gęstniał wokół mnie coraz wyraźniej.

 

No i się zaczęło…

– WELCOME TO IRAN! DRINK WITH ME, DRINK WITH ME! – przekrzykiwali się między sobą.

Po piętnastu minutach poznawania kolejnych ziomków, wyżłopałem ćwiartkę wódki i mianowicie, delikatnie mnie torkło. Wszyscy chcieli się ze mną napić. Mogło się to zaraz skończyć z głową nad kiblem. Nazi, widząc co się dzieje, złapała mnie za rękę i porwała na parkiet. Gdybyście widzieli jej ruchy… Myślę o nich nawet teraz, gdy o tym piszę.

Przez część imprezy starałem się dopasować stylem do tańczących Persów. Bioderka, zmysłowy splot dłoni, potrząsanie do rytmu piersiami. Cycki mam małe, ale chyba szło mi całkiem nieźle. Gdy poczułem się swobodniej, postawiłem na swój taniec. Czyli poruszałem się ze zwrotnością jamnika.

– Didżej pyta się, czy chcesz aby zagrał dla ciebie zachodnią muzykę – zapytała Nazi, gdy właśnie ją obkręcałem.
– Chrzanię zachodnią muzykę! Grajcie po swojemu!

Perska płyta grała cały wieczór. Nazi była dla mnie szczególnie wyrozumiała.

– Czuj się komfortowo. Jeśli chcesz zatańczyć z jakąś dziewczyną, to podejdź do niej. Chcę, aby twoja podróż była niezapomniana.
– W porządku – powiedziałem.

 

Skan parkietu

Pół flaszki później, zacząłem rozglądać się po sali dokładniej. Miałem już nieźle w czubie. Ale nadal wszystko rejestrowałem. Sądząc po spojrzeniach i konspiracyjnych szeptach, byłem na językach kobiet. Zdawałem sobie sprawę, że mój wygląd i mowa ciała była czymś obcym dla całego towarzystwa. A wszystko co obce, jest przecież fascynujące.

Podszedłem do farbowanej blondynki w białej sukni. Miała na głowie opaskę wysadzaną błyszczącymi klejnotami. Klasa. Wydawało mi się, że porwę ją na parkiet. W odpowiedzi dostałem jednak spojrzenie, które mówiło tyle, co:”obok siedzi mój facet, tylko jakoś do mnie się nie przyznaje”.

Muszę Wam powiedzieć, że nawet na imprezie w Iranie, faceci zachowują się po dżentelmeńsku. Szczytem czułości, jaką można wyrazić wobec drugiej osoby to co najwyżej czułe pogłaskanie. Więc ofensywa w polskim stylu i teksty o zbyt jednoznacznym zabarwieniu nie przejdą. W ten sposób łatwo można zniechęcić kobietę. Całowanie się to równiez swojego rodzaju tabu – nikt tego nie zrobi na oczach wszystkich. Kobiety za bardzo chronią swoją reputację, co wcale nie znaczy, że nie pragną czegoś więcej. Do każdego zamku pasuje inny klucz.

 

Pożegnanie

Nazi wsunęła mi do ręki kielicha. Wychyliliśmy bez popity. Wzięła mnie za rękę i znikliśmy w ogródku. Wiem już co sobie myślicie.

Było tam czterech kolesi w garniturach. Siedzieli na murku w pobliżu trzymetrowego ogrodzenia, które skutecznie maskowało libację młodych Irańczyków. Rozpalili sziszę. Zaczęliśmy wciągać dwa jabłuszka, najmocniejszą melasę. W Iranie palą raczej faceci. Byłem już klepnięty flaszką i jednym jointem. Ale chyba trzymałem fason.

Później ktoś wyciągnął gitarę. Klimat był fantastyczny. Śpiewaliśmy „Hay mi morena” Banderasa. Ktoś inny przyniósł do ogródka ciastka. Były naprawdę niezłe.W tym czasie patrzyłem się w niebo, szukając dużego wozu.

Przez myśl przeszło mi, że w końcu będę musiał jechać dalej. I wkrótce tak się stało. Następnego ranka rodzinka uparła się, że załaduje mnie w autobus. Postanowiłem, że po dwóch tygodniach pobytu w Teheranie wrócę tam jeszcze raz. Pożegnałem się ze wszystkimi i zamknąłem za sobą bramę wjazdową. Na drogę dostałem świeżo wyprane ubrania i czekoladowe cukierki. Niesamowita irańska gościnność. Siedząc w taksówce zmierzającej w stronę dworca autobusowego, było mi cholernie ciężko. Nazi była jeszcze obok mnie. To prawdopodobnie był ostatni raz, kiedy mogliśmy spleść swoje dłonie. Tylko tyle. Przez cały mój pobyt w Arak była dla mnie oschła, zupełnie jak nie ona. Usychałem z jej pragnienia, jak mokry chomik na patelni. Potrzebowałem małego pocałunku, jakiegoś drobnego zapewnienia o uczuciach. Nie było niczego. Nazi wyjątkowo dbała o reputację w swoim mieście. Gdy wychodziliśmy z auta, poprosiła, abym trzymał się jej na dystans. Nie chciała, by widzieli nas sąsiedzi. To jest właśnie Iran.

Na terminalu dostałem bilet. Dziesięć minut później ścisnąłem ją tak mocno, że prawie się rozkleiłem. Wrzuciłem plecak do luku bagażowego. Wszedłem do autobusu. Zająłem miejsce numer dwadzieścia dziewięć i odsłoniłem zasłonę, by zobaczyć ją po raz ostatni. Ale spóźniłem się. Nazi już nie było.

 

Skomentuj wpis