Codzienność na wyspie

Za dwa i pół dolca dostałem łóżko szerokie jak niemiecki autobahn. Miałem też dostęp do kibla, jednak za te dwa i pół dolca nie liczyłem na porcelanę z komfortową deską.

Na pierwszy rzut oka, półblaszany kibel wydawał się całkiem przyzwoity. Dziura jak dziura – średnica raczej uniwersalna. Brak dolnej części blachy zakrywającej stopy gwarantował doskonałą przewiewność. Nie było więc do czego się przyczepić. Na pierwszy rzut oka…

Do betonowej ściany kibla, tuż obok dziury, wmurowano wanienkę. Przechodziła pod blaszanym parawanem na wysokości kolan i obejmowała strefę zadumania sąsiada. W tej wanience pływała miska do polewania wody. W zależności od tego, jak sobie ta miska popłynęła, raz znajdowała się w mojej strefie prywatności, a raz w strefie prywatności kolesia obok. Gdy udałem się na posiedzenie, akurat nie miałem towarzystwa. Nie doszło do żadnych kontrowersji. Ale co, jeśli wtedy zachciałoby się jeszcze komuś, a jego ręka wędrowałaby po omacku, szukając tej miski na moich oczach? Albo jeszcze gorzej. Kto miałby prawo użyć miski jako pierwszy, gdybyśmy złapali ją w tym samym czasie? Pójście na kibel to czas spokoju i refleksji, a nie nieprzewidzianych rękoczynów. Kto, do chuja wafla, postawił tego sracza?!

Była siódma trzydzieści, wydawało mi się, że środek nocy. Sprzed chatki dobiegał swojski głos. Kojarzyłem go, choć jakoś uszom nie wierzyłem

– Muuuu.

Otworzyłem prawe oko. Mrugnąłem dwa razy, po czym starałem się zasnąć.

– MuuuuUUUU!

Otworzyłem lewe oko. Byłem już bliski wstania z wyra.

– MuuuuuUUUUUUUUUUUUUUU!

Co jest, cholera, grane?!

Otworzyłem drewniane drzwiczki i wychyliłem głowę. Przed wejściem do chatki stał bawół. Mielił w pysku trawę, patrząc się na mnie tępym wzrokiem.

– No co się gapisz jak wół na malowane wrota? Na waleta jestem – powiedziałem.

Wcześniej gadałem z prosiakiem, teraz z bawołem. Samotność w podróży potrafi źle wpływać na człowieka. Jak tak dalej pójdzie, to będę nawijać ze zwierzętami jak św. Franciszek z Asyżu.

Zrobiłem prowizoryczne pranie w blaszanym kiblu. Miałem Białego Jelenia. To mydełko zabieram zawsze, podobnie jak pieluchę tetrową, której używam jako ręcznika. Pielucha sprawdza się w podróży lepiej niż drogie, szybkoschnące ręczniki reklamowane w sklepach ze sprzętem turystycznym. Jest lekka, szybko wysycha, a w dodatku kosztuje równowartość jednego browara.

Większych planów na ten dzień nie miałem. Mimo tego, nie chciałem przebimbać całego dnia w hamaku z flaszką w dłoni. Dostałbym wyrzutów sumienia. Porozwieszałem szmaty, zabrałem aparat, zamknąłem chatkę i postanowiłem rozejrzeć się po wyspie.

Minąłem matkę z dzieciakami. Matka na motocyklu, dzieciaki na przyczepce. Mijałem kuraki, prosiaki, aż minąłem podstawówkę. Drewniany budynek przypominał bardziej wiejską stodołę niż szkołę. Zatrzymałem się. Prosiaki zostały z tyłu.  Kuraki dogoniły mnie i wleciały na szkolne podwórko. Ze środka wybiegła dwójka dzieciaków. Za nimi pędziła wściekła nauczycielka, która idealnie pasowała do stereotypu żylety z podstawówki. Wiecie, takiej babki, która potrafi bez pardonu przyłożyć po łapach linijką albo zaciągnąć na przyrę za fraki. Żyleta z łatwością dopadła dzieciaki, po czym chwyciła tych łobuzów pod ramię. Ciągnęła je z powrotem do szkoły jak dwa worki ziemniaków. Był dopiero trzeci dzień września, a dzieciaki już uciekały z lekcji. Biedaczyska. Przypomniałem sobie, jak spieprzyłem z przedszkola w samym dresiku i laczkach. Było to zimą, darłem wtedy po zaspach, ile sił w nogach, żeby zgubić dyrektorkę. Dorwała mnie dopiero półtora kilometra dalej. Byłem już w domu.
Wędrowałem przed siebie. Rozłożyste palmy dawały upragniony cień. Minąłem jakąś staruszkę z maczetą w łapie, po czym dotarłem do rozwidlenia. Skręciłem w prawo. Szpaler palm kokosowych ustąpił za chwilę miejsca ryżowym poletkom. Otaczał je niezbyt gęsty las tropikalny. Przelazłem jakiś kilometr, po drodze widziałem tylko jedną drewnianą chałupkę. Stał przed nią pięcioletni bąbel z siusiakiem na wierzchu. Trzymał w ręku łopatę, wylewając cementową posadzkę. Chałupka, przed którą stał, była ostatnim dziełem człowieka, na jakie natrafiłem przez kolejne dwadzieścia minut marszu. Pozostałe dzieła należały do zwierząt. Wśród nich przeważały krowie placki. Wirowałem między nimi, niczym postrzelona baletnica.

Nagle zauważyłem w oddali jakiegoś chłopa. Facet mozolnie targał snopki siana. Podbiegłem do niego.

Sabajdi, chłopie! Jak tam sianokosy?
– ໂປແລນ ດຽວກັນ.

A chuja z tego zrozumiałem! Ale staliśmy i gadaliśmy dalej. On – melodyjnym, jak ptasi śpiew, laotańskim, ja – szeleszczącym, jak jesienne liście, polskim. Facet miał braki w uzębieniu, toteż świszczał jak gotujący się czajnik. Wcale nam to nie utrudniało komunikacji. Bo najważniejszy jest kwitnący banan na twarzy. Nawet jeśli Twoje zęby mają przerwy, niczym sztachety w płocie.

Skomentuj wpis