Bogate dzieciaki z Teheranu

Kiedy następnego dnia stałem naprzeciw Melli Bank przy Parkaway w północnej części Teheranu, Hamed miał zgarnąć mnie furą na nocne pastwisko. Gdy podjechał, odruchowo chciałem zająć miejsce z przodu, ale zauważyłem, że siedziała tam perska blondyna z uśmiechem, który nadawałby się do reklamy pasków wybielających. Blondyna była naprawdę niezła. Hamed podobno wyśledził ją tydzień temu po wyjściu z siłowni.

– Jesteś gotowy na kolejną misję? – rzucił szyfrem, którego nie miała prawa zrozumieć.

Miałem wędkę i opracowaną przynętę. Byłem przygotowany.

Wyrzuciliśmy blondynę gdzieś po drodze. Hamed już zacierał rączki. Ten facet miał świra na punkcie kobiet.

– W Teheranie mieszka siedem milionów dziewczyn – mówił podjarany. – Door door w tym mieście jest niczym Morze Kaspijskie. Niewyczerpalne i obfitujące w najlepszej jakości sardynki.

 

Uliczne tarło

Bosman Hamed i jego polski majtek wyruszyli na nocny żer. Wpłynęliśmy w ławicę przy Africa Boulevard i otworzyliśmy zestaw, który nazywał się Paprykarz Szczeciński. Dwa ziarenka zakonserwowane w białej puszce marki Peugeot kazały zjechać na pobocze. Potrzebowaliśmy nieskomplikowanego otwieracza. Wyszliśmy z auta, przeprowadzaliśmy błyskawiczną kontrolę jakości niczym dwóch inspektorów sanitarnych, po czym spisaliśmy numer partii. Musieliśmy być jednak czujni. Policja morska tego wieczoru kręciła się swoim kutrem przybijając do niepokornych puszek z znienacka. Gdy zarzucili już kotwicę, nie było zmiłuj. Albo mandacik, albo zawinięcie do policyjnego portu i nocleg w obskurnym kontenerze, w którym jakieś leszcze najpewniej złapały by Cię za ogon i zalały dziurę recyklingową wątpliwej jakości mleczem.

Benzyna w Iranie kosztuje tyle, co puszka małej coli, więc pływaliśmy po szerokich przestworach teherańskiego oceanu do północy. Aż wyłapaliśmy wszystkie rybki. Po tym zacumowałem w porcie Navida, przy Theatr–e Shahr.

– Dostałem wiadomość od Saby. Mówi, żebyśmy wpadali na imprezę, zakładaj spodnie! – ponagliłem przyjaciela.

 

W sandałach na imprezę

Mieliśmy się udać do dzielnicy Fereshte, tej samej, w której odbywa się uliczne tarło. Musieliśmy tylko złapać taksówkę. Zamiast standardowej opcji, wzięliśmy bardziej porąbaną. Moto – taxi.
Pruliśmy na jednej kanapie przez centrum Teheranu. Navid w schodzonych Najkach, kierowca w klapkach, i ja w sandałach z Decathlonu. Wszyscy spodziewali się pewnie, że wpadniemy białym BMW 528i. Na myśl o tym, mało nie zesraliśmy się ze śmiechu.

Gdy dotarliśmy na miejsce, otworzono nam bramę do strzeżonego osiedla luksusowych apartamentów przy Yasaman Alley. Już na wejściu opadły nam kopary. Minęliśmy dziwaczne paprocie w ogródku, a potem przeszliśmy przez parter, gdzie mieściły się brązowe sofy i pokaźna biblioteczka. Obok niej postawiono stylowy kominek. To wszystko do swobodnego użytku mieszkańców dziesięciopiętrowego apartamentowca.

Kiedy wjechaliśmy na piąte piętro, drzwi otworzył nam przypakowany gość z grubym, złotym łańcuchem na karku. Wyglądał jak Łysy z Brazzers, tyle że, był trochę niższy.

– Joł koleś, wbijajcie! – zaciągnął amerykańskim slangiem.

Wtedy doskoczyła do nas Saba, która wkręciła nas na imprezę. Daliśmy sobie buzi na wejście.
Grono było kameralne: sześciu facetów i trzy kobiety. Ale za to gama alkoholi mogła stanowić zaplecze amerykańskiej ambasady. Szampan. Likiery. Wódki. Whisky. Wiedziałem, że tego wieczoru popłynę okrutnie.

– Co cię sprowadza do Iranu? – zaczął Łysy.
– Wiem, że nie macie tutaj klubów, ale wiem też, że chlejecie i imprezujecie po kątach. Chcę poznać prawdziwe życie młodych Irańczyków. W dupie mam Lonely Planety. Chcę się z wami integrować na możliwie najwyższym poziomie.
– Koleś, kocham cię! POLEJCIE MU METAXY! – krzyknął za siebie, po czym zbił piątkę i dodał. – Słyszałem, że jesteś z Polski. Znam kilka Polek. Gorące kobiety – syknął z podniecenia.
– Gdy się wpienią, potrafią być chłodne, jak grudniowa noc.
– Koleś, mordo moja! Gdzie jest dla niego Metaxa?! – powtórzył.
– Wyluzuj, cała noc przed nami. Skąd ten amerykański akcent? Świetnie mówisz po angielsku.
– Przez dwadzieścia pięć lat mieszkałem w USA, wyjechałem jak byłem pięcioletnim dzieciakiem. Ale koleś, nie zmieniaj tematu! To co robisz to druga najlepsza rzecz na świecie.
– A co jest pierwsze?
– Seks oczywiście.
– Zawsze możesz to połączyć – klepnąłem go po ramieniu.
– GDZIE JEST, KURWA, METAXAAAAAA???

W końcu przyszła. W szklaneczce z lodem podanej z zadbanej, kobiecej dłoni.

– Wiesz dlaczego Irańczycy cię uwielbiają?
– Bo jestem z zewnątrz.
– Nie tylko. W Iranie nie ma wielu turystów, a młodzi ludzie nie przyjeżdżają do nas. Brak klubów, brak imprez. Sam wiesz.
– A to przepraszam, to co to jest? Kółko różańcowe? Allaha wyznajecie, składając mu te niby dziewice i waląc w gaz? – pokazałem bezczelnie palcem na dziewczynę w wyjątkowo obcisłych leginsach, której figura przebija nawet kontrabas.
– Tego oficjalnie nie ma.

 

Teherańskie Bizancjum

W naszym towarzystwie była jedna znakomita postać, którą kojarzą wszyscy młodzi Irańczycy. To perski raper „Armin 2AFM” (Rap w Iranie jest zabroniony, rozwija się tylko w podziemiu). Koleś przywitał się z nami, jak równy z równym. Navid mało nie spuścił się z podniecenia.

– Powiedział do mnie: „siema bracie!”. ŁAPIESZ TO?! Wiesz, że ten gość ma 3 500 000 obserwujących na Instagramie?! W Iranie jest tylko pięciu takich ludzi!

Jakiś czas później, Saba zaprowadziła nas ulicę dalej. Afterparty odbywało się w apartamencie kuzynki. Była trzecia w nocy. Wchodząc przez garaż apartamentowca, zatrzymałem wzrok na pomarańczowym Porsche Carrera 911 Turbo S.

– Navid, powiedz że to są jakieś jaja. To wygląda mi na serial w stylu Beverly Hills 90210.

Navid otwierał gębę z podniecenia. Byliśmy dwoma prostymi chłopakami, którzy najpewniej w życiu nie dorobią się takiej fortuny.
Drzwi mieszkania otworzył postawny Pers w świetnie dopasowanej, białej koszuli. Zaprosił nas na kanapę, usiedliśmy.

– Powiedz coś po polsku – powiedziała Saba.
– Chrząszcz brzmi w trzci… ale wy macie zajebiste życie! Nie wstyd wam, kurwa, przed Allahem?!
– Ciekawy ten twój język – wybąkał jakiś koleś. – A umiesz coś w farsi?

Popatrzyłem na Sabę.

Szoma manu hasziari mikunit – wyrecytowałem.
– Kto cię tego nauczył?!

Moja rada dla wszystkich, którzy chcą podbić irańskie serca i wysunąć się przed peleton nudnych turystów: mówcie w farsi. Obojętnie jak. Kaleczcie, stękajcie, łamcie sobie języki. Ale próbujcie!
W ten sposób przeniesiesz swoją podróż na całkowicie nową płaszczyznę. Irańczycy pokochają Was i otworzą drzwi do świata pełnego fascynujących przygód i wyśmienitej zabawy.

Pulan, ziomek, który do mnie zagaił, przyjechał do Iranu z Sydney. Mówił, że szuka żony. Na imprezę wpadłł tym pomarańczowym Porsche, które widziałem w garażu. W Sydney zostawił BMW Z3. Jeśli mogę się czymś pochwalić, to chciałbym nieśmiało powiedzieć, że rozwaliłem go w partyjce bilarda. Stół był w centrum salonu.

A właśnie, salon!
Oprócz tego, że ociekał luksusem i nowoczesnym dizajnem, miał coś, co widziałem w jednej z ckliwych bajek o jakiejś słodkopierdzącej księżniczce. Dwa fotele o wysokości dwóch i pół metra. U szczytu zakończone wielkim, zakrywający ciało kapturem, przez co miało się wrażenie, że siedzi się, jak w zaczarowanej rzeczywistości. Na jednym z nich, dostojnie siedziała Loren, urocza inżynier z długimi, kręconymi włosami, które idealnie nadawałyby się do doggystyle.

Część imprezy przesiedziliśmy z Navidem i Sabą na balkonie piątego piętra. Podziwialiśmy nocną panoramę Teheranu.

– To są The Rich Kids of Tehran, których widziałeś na Instagramie. Myślę, że jesteś pieprzonym szczęściarzem. W swoim życiu, możesz zobaczyć wszystko to, czego tylko zapragniesz.
– Chciałbym zobaczyć nagą muzułmankę, której pośladki będą owinięte prześwitującym hidżabem.
– Jestem pewien, że też tego doświadczysz. Insha allah.
– Spójrz, jak to się wszystko skleiło. Najpierw poznałem Nazi, kiedy upierdoliłem nogawkę ketchupem, a później spotkałem Hameda. Na pastwisku poznałem Sabę, która wkręciła nas na imprezę i zobaczyliśmy coś, co trudno sobie wyobrazić. Życie to splot absurdalnych wydarzeń.

O piątej trzydzieści koczowaliśmy już w oczekiwaniu na otwarcie metra. Byliśmy wyczerpani. Przysypialiśmy na ławce razem z bezdomnymi, którzy capili jak menele spod Pałacu Kultury. Na chatę wróciliśmy dopiero po siódmej. Wtedy szybko zeszliśmy do rzeczywistości i wsunęliśmy zwyczajną jajecznicę z pomidorami.
.

 

3 comments

  1. O ile to, co widziałem na fb bodajże 2 lata temu było intereujące to teraz zmieniłem zdanie. Bardzo ‚kliszowy’ opis rzecywistości połączony z brutalizacją języka. Widać, że historie są podrasowywane by wyglądały na lepsze/bardziej niesamowite niż w rzeczywistości. Zawiedzionym.

    1. Dzięki za opinię:)
      Ten wpis możesz znaleźć w niemal identycznej postaci na Facebooku, nic prawie nie dodałem. A i rok temu pisałem bardzo podobnie.
      Poza tym, musisz wziąć na poprawkę to, że w podróży, kiedy non stop coś się dzieje, nie jestem w stanie pisać tak dobrze, jak siedząc na spokojnie w domu.
      Nie widzę nic złego w podrasowaniu stylu. Cejrowski wypuścił Podróżnika WC w wydaniu poprawionym, po wielu latach, i czyta się to o wiele lepiej.
      Grunt, by nie pisać bajek, które się tak naprawdę nie wydarzyły. Ja się tego trzymam.

Skomentuj wpis